6. Merde! W rzeczy samej, Stephen Clarke – A no merde właśnie…

Merde! W rzeczy samej

Merde! W rzeczy samej

Merde! W rzeczy samej

Autor: Stephen Clarke

Tytuł oryginału: Merde Actually

Rok Wydania: 2004

Wydawnictwo: WAB , Lipiec 2007

Liczba stron: 432

Tłumaczenie: Ewa Świerżewska

 

Jaki jest przepis na kąśliwą, humorystyczną książkę, która sprzeda się w milionach egzemplarzy? Jak się okazuje, dość prosty – wystarczy wrzucić razem do garnka:

 – jednego obcokrajowca płci męskiej,

– kraj, którego z racji historii i kultury, tenże obcokrajowiec nie będzie potrafił, mimo ustawicznych usiłowań zrozumieć,

– kilka kobiet, o osobliwych zwyczajach i swobodnym podejściu do seksu,

– stukniętego poetę, nieuczciwego architekta i niezrównoważonych prawie- teściów

– a wszystko to doprawić szczyptą ironii i niepoprawności politycznej a następnie polać sowicie tytułowym Merde

 I – voila! – mamy bestseller.

Dla wszystkich tych, którzy nie wiedzą, co oznacza słówko „Merde”, spieszę z wyjaśnieniem. Jest to, ni mniej ni więcej, nasze polskie (swojskie) „Gówno”, które nie wiedzieć czemu, w języku francuskim brzmi zdecydowanie bardziej elegancko. Jest to także jedno z najpospolitszych przekleństw używanych przez ten naród, mieszczące się w tych samych ramach symboliczno – estetycznych, co polska „cholera”. I wreszcie – jest to hasło przewodnie Poul’a West’a, bohatera książki Clarka, Anglika mieszkającego we Francji i zmagającego się ustawicznie z „Żabojadami”.

„Merde! W rzeczy samej” to druga z cyklu czterech książek napisanych przez Stephan’a Clark’a, brytyjskiego dziennikarza, który od 12 lat mieszka we Francji. Sam cykl, ochrzczony przez prasę jak „męska wersja Bridget Jones”, ma już obecnie status prawie kultowy, szczególnie we Francji i Anglii. Do tej sławy przyczyniły się niewątpliwie okoliczności wydania powieści – Clark napisał pierwszą cześć „Merde” w ramach hobby, po czym wydał samodzielnie 200 sztuk książki, z zamiarem rozdania jej przyjaciołom. Resztę postanowił sprzedać na specjalnie w tym celu stworzonej stronce www. I tu zadziałał typowy marketing szeptany – ludzie zaczęli o powieści mówić, co w konsekwencji sprawiło, że coraz więcej osób chciało ją przeczytać, a biedny Clark musiał „dodrukowywać” kolejne egzemplarze. Po osiągnięciu pułapu 2000 sztuk, pewna firma wydawnicza, złozyła mu intratną propozycję i reszty możemy się już domyślić.

Na początku lektury, byłam pewna, że oto znalazłam idealną książkę w swojej konwencji – pierwsza część (powieść podzielona jest na 8 krótkich części) zaczarowała mnie swoim humorem, atmosferą i bohaterami. Oto właśnie poznajemy Paul’a West’a, który wraz ze swoją francuską dziewczyną Florence przemierza południowe rejony Francji. Gorące lato, wypadek samochodowy, przymusowy pobyt u prawie – teściowej, wiejskie plenery, dziwne zwyczaje miejscowych, które kręcą się głównie wokół poszukiwania pretekstu do wypica kolejnej szklanki wina i  nacierające zewsząd cukinie – tak oto Clarke wprowadza nas w nastrój zapowiadającej się świetnie powieści. Paul musi się wszakże dogadywać z dość ekscentryczną rodziną swojej dziewczyny, harować przy domu, wykonując przedziwne prace ogrodnicze i zmagać się ze swoim rozszalałym libido. Po nieumyślnym zamachu na swoją teściową, którą mężczyzna częstuje herbatką z mydlin, para przenosi się na wyspę Ars, gdzie z kolei musi dzielić domek letniskowy z nieobliczalnym „papa” Florence, którego temeperament jest wybuchowy, chęć do picia ogromna, a libido jeszcze większe niż Paul’a.

I tu właśnie, na malowniczej wyspie Ars, coś zaczyna się psuć – nie u Paul’a – bo u niego „coś” psuje się cały czas – ale u Clarke’a. Możliwe, że to tylko moje osobiste odczucie, ale miałam wrażenie, że autor zaczyna tracić lekkość pióra, dowcipy stają się coraz bardziej schematyczne, a sytuacje przewidywalne. Z niecierpliwością więc, czekałam na moment, gdy Clarke przeniesie swojego bohatera do Paryża, gdzie Paul rozpocznie prace budowlane nad swoją herbaciarnią – w końcu remont i biznes to jedne z najlepszych sytuacji wyjściowych do budowania komizmu sytuacyjnego. I niestety – zawiodłam się jak mało kiedy. Dopiero w stolicy Francji, książka staje się naprawdę bezbarwna, a treść rozwodniona. Gwoździem do trumny jest wprowadzenie do akcji Aleksy, byłej dziewczyny West’a, której pojawienie się, prowokuje bardzo słaby i nudny wątek miłosny. Od około 150 strony, dryfowałam więc na bezkresnym oceanie znurzenia, z nadzieją wypatrując jakiejś egzotycznej wyspy, czyli ciekawego zwrotu akcji. I niestety, do niczego ciekawego nie dopłynęłam. Oczywiście, zdarzały się jeszcze w powieści momenty, gdzie Clarke wzniecał iskrę błyskotliwego humoru, niestety iskry te, nie rozpaliły akcji na tyle, bym mogła ocenić tą książkę pozytywnie. Czuję, że był tutaj spory potencjał, a autor ma talent do humorystycznej prozy, ale niestety – jak dla mnie, to za mało.

Spotkałam się już wcześniej z opiniami, że druga część cyklu jest słabsza od pierwszej. Oby tak było, bo podekscytowana pierwszymi 70 stronami, zamówiłam już „Merde! Rok w Paryżu!”.  Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko przeczytać pierwsze dzieło Clarka i mieć nadzieję, że recenzenci się nie mylili. A dla „Merde! W rzeczy samej” daję 3,5 – głównie za pierwsze 100 stron i parkę naprawdę szalonych teściów.

Reklamy

1 komentarz

  1. U mnie to „Merde” leży juz dwa lata i nic, ma tylko zapach coraz bardziej zwietrzałej książki, i wciąż nie kusi.


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s