Horror po polsku: „Domofon” Zygmunt Miłoszewski

Kiedy byłam dzieckiem, nie bałam się windy, a to dlatego, że od urodzenia do ósmego roku życia mieszkałam w wieżowcu na dziewiątym piętrze. Windy były dla mnie czymś zupełnie naturalnym, tak jak dla innych naturalne są schody i jako dziecko nigdy nie odczuwałam strachu przed korzystaniem z tego cudu techniki. Pamiętam nawet, jak kiedyś w moim bloku, pomiędzy piętrami utknął chłopiec; pamiętam, jak otworzono siłą mosiężne drzwi i wyciągnięto go przez niewielką szczelinę, która powstała w wyniku konfiguracji kabiny i szybu. Było to swego rodzaju „szoł”, emocjonujący ewenement w skali ciągłych kursów „z dziewiątego na parter” i mimo żywej ekscytacji, jaka mi się udzieliła, z pewnością nie dostrzegłam w całym zdarzeniu, niczego strasznego czy niebezpiecznego.

Czasy się jednak zmieniają, dzieci dojrzewają, a rodziny przeprowadzają. W trzeciej klasie podstawówki zamieszkałam w czteropiętrowym bloku i przestałam korzystać z windy. Na początku zdarzało mi się wykradać na druga stronę ulicy, gdzie stały wieżowce i jeździć od czasu do czasu w dół i w górę, (czemu to robiłam, sama nie wiem), ale wkrótce znudziły mi się te wycieczki. Niedługo potem, windy stały się dla mnie urządzeniami kompletnie obcymi. Do czasu.

Najpierw jakiś agent federalny w jednym z odcinków „Z Archiwum X” został kompletnie zmiażdżony, kiedy winda, w której jechał, spadła z hukiem z najwyższego piętra. Potem był niezapomniany „Speed” z Keanu Reeves’em i uroczą Sandrą B. gdzie „dramat windowy” rozgrywał się przez pierwsze pół godziny filmu. Przerażające sceny z windą w roli głównej, zaczęły pojawiać się w kinematografii i literaturze jak „grzyby po deszczu”, a konsekwencje tego wykwitu, były dla mojej psychiki ogromne: Już jako nastolatka, nieraz wolałam wczołgać się na ósme piętro, (i to w obcasach) niż skorzystać z dźwigu.

Kiedy przeczytałam notkę wydawcy na temat „Domofonu” Zygmunta Miłoszowskiego, która kończy się pytaniem: „I jak tu wsiąść po takiej lekturze do windy?”, uznałam, że musze mieć tą powieść. Część „z nas” tak ma – lubimy oglądać horrory i czytać o naszych największych, często irracjonalnych strachach. Jest tu jakaś dziwna chęć poczucia tej pulsującej adrenaliny w mózgu, masochistyczna przyjemność konfrontowania własnych lęków (z tych samych pobudek, nigdy nie odmawiam horrorom z klaunem w roli głównej). Dodatkowym bodźcem był fakt, że jest to horror „Made in Poland”, który na Merlin.pl ma ocenę 4, 5 gwiazdki, co samo w sobie było bardzo zachęcające. I tak, popełniłam 3Z: Zamówiłam, Zapłaciłam i Zabrałam się do czytania.

Krótko o zawiązaniu akcji: Młode małżeństwo z Olecka, przeprowadza się do Warszawy i zamieszkuje w jednym z wieżowców na Bródnie. Oboje pełni zapału i nadziei na nowe, lepsze życie, zostają na wstępie psychicznie „pobici”, przez makabryczne odkrycie na klatce schodowej swojego nowego bloku: zwłoki mężczyzny, który został najwyraźniej zdekapitowany przez windę. Jak się okazuje, facet ze ściętą głową jest dopiero wstępem do innych, równie szokujących wydarzeń, których doświadczą wszyscy mieszkańcy bloku. Równolegle do losów Roberta i Agnieszki, poznajemy żywot Wiktora (nota bene, mojego ulubionego bohatera „Domofonu”), byłego dziennikarza i alkoholika, który po raz kolejny, próbuje się podnieść z dna oraz Kamila, maturzysty, który ma ustawiczne problemy z rodzicami. To właśnie owa dwójka, wraz z Agnieszką, będzie się starać odkryć mroczną tajemnicę, którą leży u samych fundamentów wieżowca. Dosłownie i w przenośni.

Czego my tu nie mamy! Pan Miłoszewski chwyta się dobrze sprawdzonych sztuczek i gra na naszych najgorszych strachach. Bo o ile nie każdy musi się bać windy, to każdego z nas przechodzi dreszcz, gdy musimy zejść do ciemnej, klaustrofobicznie wąskiej piwnicy. „Domofon” obfituje też w przerażające koszmary senne i halucynacje, dziwnych lokatorów i materializująca się ciemną nicość, która oplata cały budynek i więzi mieszkańców w środku. I jak niedorzecznie by to wszystko brzmiało, autor opisuje akcję wyjątkowo sprawnie, unikając kiczowatości i tak często spotykanej w tym gatunku tandety.

Gdzieś wyczytałam, że inspiracją Miłoszewskiego, jest król horroru Stephen King – na szczęście, w swojej powieści, autor nie starał się usilnie kopiować amerykańskiego pisarza. A nawet dzięki Bogu, bo przed „Domofonem” czytałam właśnie takiego „kingowskiego” uzurpatora i rozczarowałam się. Mam tu na myśli „Blues’a duchów” Jonathan’a Maberry’ego, książkę z mega potencjałem, zmarnowanym przez przydługie, nudne opisy, (które miały być zapewne napisane w stylu Kinga), niewiarygodne, czasami wręcz komiksowe postaci i nieudane połączenie świata rzeczywistego z nadprzyrodzonym. Żeby być sprawiedliwym, muszę przyznać, że historia była intrygująca, a Maberry pisze sprawnie; to jednak nie uratowało tej pozycji w moich oczach. Za najlepszy dowód mogę podać fakt, że na 30 stron przed końcem, książkę przerwałam i już do niej nie wróciłam, a dodatkowo tak mnie zdemotywowala, że nawet nie zdobyłam się jej zrecenzowanie.

Miłoszewskiemu udaje się ominąć błędy Maberry’ego – szarą rzeczywistość warszawskiego blokowiska łączy z upiorami, klątwami i silami nadprzyrodzonymi wręcz po mistrzowsku. Nie ma tutaj zgrzytów, śmieszności czy poczucia odrealnienia, wszystko wypada bardzo naturalnie i wiarygodnie. Dodatkowym atutem „Domofonu” są bardzo dobrze skonstruowani bohaterowie, z ciekawymi życiorysami i rozterkami, ale przede wszystkim zachowujący się NORMALNIE. Żadnych dziwacznie stylizowanych dialogów, czy nielogicznych zachowań – przeciętni ludzie ze standardowym wachlarzem zachowań. Dlatego też, czytelnikowi jest się o wiele łatwiej identyfikować z bohaterami, oraz poczuć ich strach.

Niektórzy widzą w „Domofonie” metaforę współczesnych stosunków społecznych: postępujące wyobcowanie, obojętność wobec najbliższych, zamknięcie się w swoich własnych egoistycznych „czterech ścianach”. No cóż… ja nie. Gdybym musiała na siłę się zastanawiać i łączyć wątki z książki z wybranymi problemami cywilizacyjnymi, to zapewne by mi się to udało. Tylko, po co? Wydaje mi się, że polscy czytelnicy są przyzwyczajeni do tego, że skoro o blokach to musi być o biedzie, upadkach, rozpaczy, Masłowskiej, dresiarzach bez przyszłości… nie, nie musi. Szary, brudny, klaustrofobiczny bok, piwnica, winda, domofon, śmierdzące zsypy na śmieci: według mnie to jest idealne miejsce akcji horroru. Straszniejsze niż zamek, czy dom na odludziu.

Reasumując: Ocena 5/6. Duży plus. Obowiązkowa pozycja dla tych, którzy lubią powieści z dreszczykiem. Świeży powiew na polskim rynku wydawniczym, i jak to napisał jeden z recenzentów na Merlin.pl: „No daj Boże zdrowie autorowi i niech on jeszcze pisze, może niekoniecznie horrory takie, ale dla mnie to wreszcie jakaś dobra polska książka”.

Autor: Zygmunt Miłoszewski

Wydawnictwo: WAB, Marzec 2005

Seria: Z Zegarkiem

ISBN: 83-7414-068-2

Liczba stron: 384

Reklamy

5 komentarzy

  1. Bardzo mnie zachęciłaś do książki Miłoszewskiego, o której wcześniej, muszę się przyznać, nic nie słyszałam!
    Uwielbiam takie mroczne, dobre thrillery. A to w dodatku jeszcze produkt polski, co dodatkowo mnie zachęca 🙂

    Jedyną rzeczą jaka mnie natomiast powstrzymuje jest ma niepisana zasada, że nie nabywam na własność kryminałów, horrorów, thrillerów, bo w mym mniemaniu są to książki na „jeden raz”. Dlatego tym samym skazana na biblioteczne „być albo nie być” nie spocznę póki „Domofonu” nie znajdę 🙂

    Pozdrawiam

  2. Bardzo polubiłam Miłoszewskiego po „Domofonie” – nawet mimo lekkich niedociągnięć językowych i wyraźnego wyrabiania się autora w trakcie pisania tej książki. Naprawdę w „Domofonie” zaserwował coś innego, świeżego i ciekawego, nie zepsuł zakończeniem, jak sama pisałaś, nie stworzyłł sztucznych bohaterów i w ogóle cacy książka, uniknął mnóstwa potknięć.
    Szkoda tylko, że kolejna, „Uwikłanie”, jest gorsza. Jakby za bardzo się starał, takie gładkie, przekombinowane, stylistycznie przepiękne, ale najwyraźniej jak się tak wyrobił, to spiłował sobie pazur. Albo może trzecią wróci do początkowych standardów 🙂
    pozdrawiam

  3. A ja już od dawna mam wielką ochotę zapoznać się z prozą pana Miłoszewskiego. Czytałam kilka pozytywnych recenzji właśnie „Domofonu”. 🙂 Pozdrawiam.

  4. Jestem świeżo po lekturze „Uwikłania” i nie mogę napisać ani jednego złego słowa o tej pozycji. Jak dla mnie genialna historia, ale przede wszystkim gratuluję autorowi bardzo trafnych spostrzeżeń, dotyczących współczesnych relacji społecznych i relacji ludzkich w ogóle. Gorąco polecam! A pierwszą rzeczą jaką zrobię po świętach będzie przeszperanie Empiku w celu zakupienia „Domofonu” 🙂

  5. Chętnie kiedyś sięgne.

    I zapraszam do mnie 🙂


Comments RSS TrackBack Identifier URI

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s