2009: Rój Brzęczących Much (I) – Stieg Larsson i Harlan Coben

W minionym roku nie miałam czasu na nic. Na cud zakrawa więc fakt, że jednak udało mi się trochę poczytać (musze jednak przyznać, że to po trochu zasługa tego, iż omijałam literaturę ambitniejszą). Tak więc ROK 2009 upłynął w moim przypadku pod znakiem opisów sekcji zwłok, mniej lub bardziej udanych profilów psychologicznych seryjnych morderców, lepkiej krwi i rojów brzęczących much.

Po „Prezesie” Frey’a zrobiłam sobie długą przerwę. Po następną książkę sięgnęłam dopiero po kilku miesiącach, w okresie który przejdzie do historii mego życia pod nazwą „inwazja rumuńska” (rodzina męża przyjechała do nas na wakacje). Było piękne lato – dziadkowie zajęli się małą, mąż zajął się swoim bratem, a ja, częściowo pozostawiona sama sobie, instynktownie skierowałam się pod półkę z książkami.

Stieg Larsson stał tam już od stycznia – tłusty, lśniący w słońcu niczym czarne złoto i gotowy do drogi. Przyznam szczerze, miałam lekkie opory przed zaczynaniem tej powieści – na początku roku była to raptem niezwykle interesująca, szwedzka powieść kryminalna, w lipcu natomiast, był to już bestseller pełną para. Nachalna promocja, zachwyty, rzesze fanów, gotowych zabić za choć jedno niepochlebne zdanie o swoim idolu – to wszystko zaczęło mnie lekko zniechęcać do „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet”. Podobnie rzecz się miała z „Kodem DaVinci” który wyrósł na literackiego mega-celebryta, będąc w rzeczywistości sprawnie napisaną, aczkolwiek mało oryginalną i średnio zaskakującą powieścią. Mając nadzieję, że w przypadku Larsson’a będzie inaczej, zabrałam się za lekturę.

Nadzieja nie była to płonna, gdyż jak się okazało, książka jest świetna. Nie potrafię do końca zdefiniować, co właściwie jest takiego szczególnego w powieściach Stieg’a, ale to „coś” czuje się bardzo wyraźnie. Zdecydowaną siłą jego twórczości są bohaterowie – świetnie skonstruowani, wiarygodni i dający się od razu polubić (co wbrew pozorom, wcale się tak często w thrillerach nie zdarza). Lisbeth Salander aka. aspołeczny geniusz, to moim zdaniem wręcz objawienie kryminalnej literatury. Jej charakter i osobowość są –przynajmniej w teorii – lekko odpychające, ale podczas czytania nie da się jej nie lubić. Blomkvist, drugi filar powieści, typ czarującego i inteligentnego kobieciarza, to także mocna postać. Czytelnik wręcz czeka, kiedy autor nareszcie skrzyżuje drogi obu bohaterów i pozwoli im połączyć się w świetny duet. Z pozoru banalny (i pojawiający się co jakiś czas w różnych dziełach) wątek książki (zaginięcie dziewyczyny z bogatego domu) Larsson owinął w ciekawe wątki poboczne, tworząc spójną, wciągającą historię.

Do tego styl pisarza jest niewymuszony, lekki. Tej książki się nie czyta, przez nią się po prostu płynie.

Będąc jeszcze w trakcie pierwszej części trylogii, zamówiłam drugą. „Dziewczyna, która igrała z ogniem” nie zawiodła mnie, aczkolwiek atmosfera powieści była już inna. Tym razem Larsson umieścił bohaterów i ich życie w centrum uwagi, przedstawiając z grubsza wręcz nieprawdopodobne (a mimo wszystko wiarygodne) losy Salander. Dwójka trzyma poziom – mamy policyjny pościg za Lisbeth, napięcie, zaskakujące zwroty akcji, kolejny dobrze skonstruowany wątek główny i ciekawe wątki poboczne. No i oczywiście bohaterów. I mimo, że „Dziewczynę…” przeczytałam równie szybko i ochoczo co „Mężczyzn…”, to oceniając z perspektywy czasu, muszę przyznać, że mam większy sentyment do części pierwszej. Możliwe, że chodzi o miejsce akcji (preferuję powieści rozgrywające się w odludnych miejscach), a może po prostu o „magię pierwszego spotkania”, czy jak to się tam zwykło określać.

Na ostatnią część Millenium musiałam czekać aż do października, co w prostej linii przełożyło się u mnie na wystąpienie (jak to sama sobie nazwałam) tzw. Syndromu Post-larssonowskiego. A innymi słowy – straszliwego, czytelniczego głodu na jakąkolwiek literaturę, która mogłaby choć trochę oddać atmosferę pisarstwa Stieg’a. Naturalnym wyborem wydawał się więc thriller i to taki z „wyższej półki”. Tak więc zaraz po „Dziewczynie…” sięgnęłam po „Nie mów nikomu” Harlan’a Coben’a, pozycję zachwalaną, jako jedną z najlepszych w dorobku pisarza. Tak się złożyło, że się z panem Coben’em nigdy wcześniej nie zetknęłam, co najwyżej z recenzjami na temat jego twórczości i „ochami i achami” na temat jego osoby. No i w tym chyba tkwił problem, bo rozczarowałam sie jego powieścią – może nie sromotnie, ale na pewno bardziej niż bym się tego spodziewała. Pomysł był naprawdę dobry – zrozpaczony po brutalnej śmierci swojej żony lekarz, po 5 latach od tragedii otrzymuje zagadkowego anonimowego mail’a, który wskazuje na to, iż jego ukochana żyje. Rozpoczyna się ostrożne śledztwo, które (oczywiście) przeradza się w szaloną pogoń za prawdą. Niestety, postaci są skonstruowane szablonowo i bez polotu, a główny bohater nie wzbudza wielkiego przywiązania, co jest o tyle dziwniejsze, bo mamy tu narrację w pierwszej osobie. Zakończenie, z których tak ponoć słynie Pan Coben, rzeczywiście zaskakuje, ale wydaje się być grubymi nićmi szyte (szczególnie przez wspomnianą już przeze mnie narrację w pierwszej osobie). Wydaje się to być zaskakiwaniem dla samej zasady zaskakiwania, co może trochę uwłaczać inteligencji czytelnika. Żeby jednak oddać autorowi sprawiedliwość, muszę stwierdzić, że książka jest ciekawa i wciągająca – czyta się ją szybko i lekko. Możliwe, że gdyby nie fakt, iz rozpoczęłam lekturę zaraz po Stieg’u Larsson’ie, „Nie mów nikomu” zrobiłoby na mnie lepsze wrażenie. Na razie jednak nie wróciłam do Harlan’a Coben’a – mam jednak na oku jego inną pozycję i wtedy będę wstanie wydac bardziej miarodajny osąd na temat jego twórczości.

1. „Wahadło Foucaulta” Umberto Eco – Obowiązkowa lektura młodego konspiratora

Wahadło Foucault'sa

Wahadło Foucaulta

Wahadło Foucaulta

Autor: Umberto Eco

Tytuł oryginału: Il Pendolo De Foucault

Data wydania: 1988

Wydawnictwo: Noir sur Blanc , 2007

Liczba stron: 678
Tłumaczenie: Adam Szymanowski

„Wahadło Foucaulta” zostało niejako odgrzebane przez krytyków i czytelników, wraz z nastaniem „davinciomanii” , zapoczątkowanej w 2003 roku przez Dan’a Brown’a. Nie bez powodu – wszystko to o czym pisze Brown, a wraz z nim cała horda innych spadkobierców nowo rozkwitłej, konspiratorskiej schedy, było już wcześniej ujęte w powieści Eco. Z tą tylko różnica, że genialny Umberto zrobił to z kunsztem, nieosiągalnym dla innych pisarzy.

Kiedy więc ja zachwycałam się „Kodem Da Vinci”, mój mąż patrzył na mnie z lekkim pobłażaniem. Czytał „Wahadło” dobrych kilka lat wcześniej i dosyć często wracał do niektórych fragmentów tej powieści, co zdarza mu się niezwykle rzadko.

– Musisz przeczytać tą książkę. To jest doświadczenie literackie życia – zapewniał przy każdej okazji – takiego kalejdoskopu historii, magii, filozofii i geniuszu nie uświadczysz w żadnej innej powieści. No i jeśli na serio myślisz o jakichkolwiek teoriach konspiracji, to ta książka jest dla ciebie lekturą obowiązkową. Zresztą moja kochana, potraktuj to jako jedyny wymagany przeze mnie do wypełnienia obowiązek małżeński.

Nie żartował. Przy każdej nadarzającej się okazji przypominał mi o “Wahadle”, przez co nękał mnie nim nieustannie. Nie wiedziałam wtedy nawet, czym owo wahadło jest i kim był ten cały Foucault, ale jego widmo krążyło nad moją głową, wraz z karcącym wzrokiem mojego męża, gdy tylko sięgałam po inne książki. Po trzech latach wahadłowej presji, zakupiłam w końcu powieść i przystąpiłam do czytania.

Słyszałam, że będzie ciężko. Że początek zniechęca wielu, bo jest filozoficzno – mechaniczny, opisany w słowach trudnych i często nieznanych. Że większość ludzi przerywa lekturę po pierwszym rozdziale. Że są czytelnicy, którzy przymierzali się do przebrnięcia całej powieści po siedem, osiem razy. Lubię wyzwania, więc te opinie nawet  mnie nieco zmotywowały. Otworzyłam księgę z namaszczeniem. I wsiąknęłam “na amen”.

Nawiążę na początek, do wspomnianego wczesniej Brown’a. Gdybym miała obie książki porównać do typu wypoczynku, to “The Da Vinci Code” byłby tygodniowym wyjazdem do tunezyjskiego hotelu, typu “all inclusive”, gdzie przez cały boży dzionek, czytelnik siedzi nad basenem popijając rozwodnione drinki, pławiąc się od czasu do czasu leniwie w wodzie, i opalając swoje ospałe ciało, a wieczorem korzysta z darmowych uroków hotelu, takich jak karaoke, dancing i wystepy magików. Z takiego wyjazdu wraca się zadowolonym, ale ma się poczucie jakiegoś niedosytu, pustki, której – pomimo usilnych starań –  nie mogły wypełnić metry darmowego “szwedzkiego stołu” ani hektolitry piwa. “Wahadło Foucaulta”, byłoby z kolei długą, wyczerpującą podróżą po najdziwniejszych, najbardziej egzotycznych  zakątkach świata, nieoznaczonych na mapie i niedostepnych dla przeciętnego turysty. Podróżą, gdzie na wyposażeniu ma się tylko zawartość plecaka, cienką matę i termos z kawą, gdzie nie jest się pewnym miejsca swojego następnego noclegu ani dokładnych namiarów planowanego celu. Podróżą, gdzie niewygody i trudy nagradzane są zapierającymi dech w piersiach widokami, śniadaniem na malowniczej skarpie, prysznicem pod wodospadem i kolacją u przypadkowo poznanego chwilę wcześniej, wytwornego arystokraty.

Wahadło Foucaulta w Musee des arts et metiers w Paryżu

Wahadło Foucaulta w Musee des arts et metiers w Paryżu

Zacznę więc od środka:

Trzech mężczyzn pracujących w poważnym wydawnictwie  literackim, zostaje zmuszona przez swojego szefa do wybrania kilkunastu pozycji, które miałyby zostać wydane w ramach cyklu „Izyda Obnażona”. „Izyda” ma być zbiorem książek o tematyce ezoterycznej, dlatego redaktorzy natykają się na masę różnych teorii i prawd – od Różokrzyżowców i Templariuszy począwszy, poprzez Sfinksa i Piramidy, aż na Świętym Graalu i podziemnym królestwie Agharta skończywszy. Mając przed sobą masę przeróżnych, najdziwniejszych pomysłów autorstwa członków sekt i tajemnych stowarzyszeń, oraz pionierski (w tamtych czasach) program komputerowy do redagowania słowa pisanego, postanawiają zorganizować sobie intelektualną rozrywkę i pozbierać wszystkie teorie „do kupy”. Chcą nie tylko sprawić by wszystkie hipotezy do siebie pasowały, ale też i stworzyć logiczną alternatywę dla oficjalnej historii świata. Nie dość, że odnoszą sukces, to dodatkowo sami  zaczynają powoli wierzyć w swoją spiskową teorię. Prawdziwe kłopoty rozpoczynają się wtedy, gdy i inni zaczynają podzielać tą wiarę…

Opis zaczęłam od środka książki, gdyż to właściwie wtedy zawiązuje się prawdziwa akcja. Przez pierwsze 200 – 300 stron, czytelnik poznaje głównych bohaterów oraz wszystkie dziwne i  dziwaczne postacie, które zostaną później wplątane w tryby konspiracyjnej machiny, a także bardzo dobrze udokumentowaną historię Zakonu Templariuszy, na której zostanie oparta cała intryga. Początkiem dla całej akcji jest pojawienie się  intrygującego pułkownika Ardenti, wraz z tajemniczym maszynopisem i sekretną, zakodowaną wiadomością, odnalezioną w starym kościele w Prowansji. Poznajemy też członków różnych egzotycznych zgrupowań i stowarzyszeń, na czele z arystokratą Aglie, który pośrednio swoim zachowaniem sugeruje, iż jest nieśmiertelnym Hrabią Saint-Germain. Wszystko to okraszone jest niebanalnymi dialogami, ciekawymi opowiastkami i wycinkami z elektronicznego dziennika jednego z głównych bohaterów.

Jeden z włoskich krytyków literackich, po przeczytaniu powieści, napisał, że „Wahadło” ze względu na ogrom faktów historyczno – naukowych w nim zawartych, winno mieć swój własny indeks. Trzeba przyznać, że książka Eco aż pęka w szwach od ilości przeróżnych teorii, wydarzeń z kart historii i notek biograficznych znanych ludzi. Z całego czasu, jaki przeznaczyłam na zapoznanie się z powieścią, 20% spędziłam na poczciwych googlach, odświeżając sobie wiedzę z różnych dziedzin, douczając się z podstaw fizyki i zagłębiając w życie postaci historycznych o których wcześniej miałam blade pojęcie. W połączeniu z wyszukanym językiem i nieraz ciężkim stylem, czynnik ten sprawia, że „Wahadło” jest dziełem, które wymaga sporej cierpliwości i zacięcia. Powieść to trudna, ale wdzięczna – jeżeli tylko uda nam się złapać jej rytm, to przeżyjemy wspaniałą literacka przygodę, której długo nie zapomnimy.

CIEKAWOSTKI:

1. „Wahadło Foucaulta”, po wydaniu książki Brown’a, zostało nazwane ” ‚Kodem Da Vinci’ osoby myślącej”.

2. Umberto Eco, zapytany o to czy czytał „Kod Da Vinci”, odrzekł, że musiał, gdyż każdy się go o to dopytywał. Stwierdził, że Dan Brown przypomina jednego z bohaterów „Wahadła” – osobę, która zaczęła wierzyć w swoja własną, literacką fikcję.

3. Eco twierdzi, że powieść miała być groteskowym odbiciem konspiracyjnej mody i ukazaniem, jak łatwo jest stworzyć spiskową teorię, opierajac się na faktach i dowodach.

4. Każdy z 119 rozdziałów książki, rozpoczyna się jednym lub dwoma cytatami –  w większości, z książek o tematyce ezoterycznej lub spiskowej.