Horror po polsku: „Domofon” Zygmunt Miłoszewski

Kiedy byłam dzieckiem, nie bałam się windy, a to dlatego, że od urodzenia do ósmego roku życia mieszkałam w wieżowcu na dziewiątym piętrze. Windy były dla mnie czymś zupełnie naturalnym, tak jak dla innych naturalne są schody i jako dziecko nigdy nie odczuwałam strachu przed korzystaniem z tego cudu techniki. Pamiętam nawet, jak kiedyś w moim bloku, pomiędzy piętrami utknął chłopiec; pamiętam, jak otworzono siłą mosiężne drzwi i wyciągnięto go przez niewielką szczelinę, która powstała w wyniku konfiguracji kabiny i szybu. Było to swego rodzaju „szoł”, emocjonujący ewenement w skali ciągłych kursów „z dziewiątego na parter” i mimo żywej ekscytacji, jaka mi się udzieliła, z pewnością nie dostrzegłam w całym zdarzeniu, niczego strasznego czy niebezpiecznego.

Czasy się jednak zmieniają, dzieci dojrzewają, a rodziny przeprowadzają. W trzeciej klasie podstawówki zamieszkałam w czteropiętrowym bloku i przestałam korzystać z windy. Na początku zdarzało mi się wykradać na druga stronę ulicy, gdzie stały wieżowce i jeździć od czasu do czasu w dół i w górę, (czemu to robiłam, sama nie wiem), ale wkrótce znudziły mi się te wycieczki. Niedługo potem, windy stały się dla mnie urządzeniami kompletnie obcymi. Do czasu.

Najpierw jakiś agent federalny w jednym z odcinków „Z Archiwum X” został kompletnie zmiażdżony, kiedy winda, w której jechał, spadła z hukiem z najwyższego piętra. Potem był niezapomniany „Speed” z Keanu Reeves’em i uroczą Sandrą B. gdzie „dramat windowy” rozgrywał się przez pierwsze pół godziny filmu. Przerażające sceny z windą w roli głównej, zaczęły pojawiać się w kinematografii i literaturze jak „grzyby po deszczu”, a konsekwencje tego wykwitu, były dla mojej psychiki ogromne: Już jako nastolatka, nieraz wolałam wczołgać się na ósme piętro, (i to w obcasach) niż skorzystać z dźwigu.

Kiedy przeczytałam notkę wydawcy na temat „Domofonu” Zygmunta Miłoszowskiego, która kończy się pytaniem: „I jak tu wsiąść po takiej lekturze do windy?”, uznałam, że musze mieć tą powieść. Część „z nas” tak ma – lubimy oglądać horrory i czytać o naszych największych, często irracjonalnych strachach. Jest tu jakaś dziwna chęć poczucia tej pulsującej adrenaliny w mózgu, masochistyczna przyjemność konfrontowania własnych lęków (z tych samych pobudek, nigdy nie odmawiam horrorom z klaunem w roli głównej). Dodatkowym bodźcem był fakt, że jest to horror „Made in Poland”, który na Merlin.pl ma ocenę 4, 5 gwiazdki, co samo w sobie było bardzo zachęcające. I tak, popełniłam 3Z: Zamówiłam, Zapłaciłam i Zabrałam się do czytania.

Krótko o zawiązaniu akcji: Młode małżeństwo z Olecka, przeprowadza się do Warszawy i zamieszkuje w jednym z wieżowców na Bródnie. Oboje pełni zapału i nadziei na nowe, lepsze życie, zostają na wstępie psychicznie „pobici”, przez makabryczne odkrycie na klatce schodowej swojego nowego bloku: zwłoki mężczyzny, który został najwyraźniej zdekapitowany przez windę. Jak się okazuje, facet ze ściętą głową jest dopiero wstępem do innych, równie szokujących wydarzeń, których doświadczą wszyscy mieszkańcy bloku. Równolegle do losów Roberta i Agnieszki, poznajemy żywot Wiktora (nota bene, mojego ulubionego bohatera „Domofonu”), byłego dziennikarza i alkoholika, który po raz kolejny, próbuje się podnieść z dna oraz Kamila, maturzysty, który ma ustawiczne problemy z rodzicami. To właśnie owa dwójka, wraz z Agnieszką, będzie się starać odkryć mroczną tajemnicę, którą leży u samych fundamentów wieżowca. Dosłownie i w przenośni.

Czego my tu nie mamy! Pan Miłoszewski chwyta się dobrze sprawdzonych sztuczek i gra na naszych najgorszych strachach. Bo o ile nie każdy musi się bać windy, to każdego z nas przechodzi dreszcz, gdy musimy zejść do ciemnej, klaustrofobicznie wąskiej piwnicy. „Domofon” obfituje też w przerażające koszmary senne i halucynacje, dziwnych lokatorów i materializująca się ciemną nicość, która oplata cały budynek i więzi mieszkańców w środku. I jak niedorzecznie by to wszystko brzmiało, autor opisuje akcję wyjątkowo sprawnie, unikając kiczowatości i tak często spotykanej w tym gatunku tandety.

Gdzieś wyczytałam, że inspiracją Miłoszewskiego, jest król horroru Stephen King – na szczęście, w swojej powieści, autor nie starał się usilnie kopiować amerykańskiego pisarza. A nawet dzięki Bogu, bo przed „Domofonem” czytałam właśnie takiego „kingowskiego” uzurpatora i rozczarowałam się. Mam tu na myśli „Blues’a duchów” Jonathan’a Maberry’ego, książkę z mega potencjałem, zmarnowanym przez przydługie, nudne opisy, (które miały być zapewne napisane w stylu Kinga), niewiarygodne, czasami wręcz komiksowe postaci i nieudane połączenie świata rzeczywistego z nadprzyrodzonym. Żeby być sprawiedliwym, muszę przyznać, że historia była intrygująca, a Maberry pisze sprawnie; to jednak nie uratowało tej pozycji w moich oczach. Za najlepszy dowód mogę podać fakt, że na 30 stron przed końcem, książkę przerwałam i już do niej nie wróciłam, a dodatkowo tak mnie zdemotywowala, że nawet nie zdobyłam się jej zrecenzowanie.

Miłoszewskiemu udaje się ominąć błędy Maberry’ego – szarą rzeczywistość warszawskiego blokowiska łączy z upiorami, klątwami i silami nadprzyrodzonymi wręcz po mistrzowsku. Nie ma tutaj zgrzytów, śmieszności czy poczucia odrealnienia, wszystko wypada bardzo naturalnie i wiarygodnie. Dodatkowym atutem „Domofonu” są bardzo dobrze skonstruowani bohaterowie, z ciekawymi życiorysami i rozterkami, ale przede wszystkim zachowujący się NORMALNIE. Żadnych dziwacznie stylizowanych dialogów, czy nielogicznych zachowań – przeciętni ludzie ze standardowym wachlarzem zachowań. Dlatego też, czytelnikowi jest się o wiele łatwiej identyfikować z bohaterami, oraz poczuć ich strach.

Niektórzy widzą w „Domofonie” metaforę współczesnych stosunków społecznych: postępujące wyobcowanie, obojętność wobec najbliższych, zamknięcie się w swoich własnych egoistycznych „czterech ścianach”. No cóż… ja nie. Gdybym musiała na siłę się zastanawiać i łączyć wątki z książki z wybranymi problemami cywilizacyjnymi, to zapewne by mi się to udało. Tylko, po co? Wydaje mi się, że polscy czytelnicy są przyzwyczajeni do tego, że skoro o blokach to musi być o biedzie, upadkach, rozpaczy, Masłowskiej, dresiarzach bez przyszłości… nie, nie musi. Szary, brudny, klaustrofobiczny bok, piwnica, winda, domofon, śmierdzące zsypy na śmieci: według mnie to jest idealne miejsce akcji horroru. Straszniejsze niż zamek, czy dom na odludziu.

Reasumując: Ocena 5/6. Duży plus. Obowiązkowa pozycja dla tych, którzy lubią powieści z dreszczykiem. Świeży powiew na polskim rynku wydawniczym, i jak to napisał jeden z recenzentów na Merlin.pl: „No daj Boże zdrowie autorowi i niech on jeszcze pisze, może niekoniecznie horrory takie, ale dla mnie to wreszcie jakaś dobra polska książka”.

Autor: Zygmunt Miłoszewski

Wydawnictwo: WAB, Marzec 2005

Seria: Z Zegarkiem

ISBN: 83-7414-068-2

Liczba stron: 384

2009: Rój Brzęczących Much (I) – Stieg Larsson i Harlan Coben

W minionym roku nie miałam czasu na nic. Na cud zakrawa więc fakt, że jednak udało mi się trochę poczytać (musze jednak przyznać, że to po trochu zasługa tego, iż omijałam literaturę ambitniejszą). Tak więc ROK 2009 upłynął w moim przypadku pod znakiem opisów sekcji zwłok, mniej lub bardziej udanych profilów psychologicznych seryjnych morderców, lepkiej krwi i rojów brzęczących much.

Po „Prezesie” Frey’a zrobiłam sobie długą przerwę. Po następną książkę sięgnęłam dopiero po kilku miesiącach, w okresie który przejdzie do historii mego życia pod nazwą „inwazja rumuńska” (rodzina męża przyjechała do nas na wakacje). Było piękne lato – dziadkowie zajęli się małą, mąż zajął się swoim bratem, a ja, częściowo pozostawiona sama sobie, instynktownie skierowałam się pod półkę z książkami.

Stieg Larsson stał tam już od stycznia – tłusty, lśniący w słońcu niczym czarne złoto i gotowy do drogi. Przyznam szczerze, miałam lekkie opory przed zaczynaniem tej powieści – na początku roku była to raptem niezwykle interesująca, szwedzka powieść kryminalna, w lipcu natomiast, był to już bestseller pełną para. Nachalna promocja, zachwyty, rzesze fanów, gotowych zabić za choć jedno niepochlebne zdanie o swoim idolu – to wszystko zaczęło mnie lekko zniechęcać do „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet”. Podobnie rzecz się miała z „Kodem DaVinci” który wyrósł na literackiego mega-celebryta, będąc w rzeczywistości sprawnie napisaną, aczkolwiek mało oryginalną i średnio zaskakującą powieścią. Mając nadzieję, że w przypadku Larsson’a będzie inaczej, zabrałam się za lekturę.

Nadzieja nie była to płonna, gdyż jak się okazało, książka jest świetna. Nie potrafię do końca zdefiniować, co właściwie jest takiego szczególnego w powieściach Stieg’a, ale to „coś” czuje się bardzo wyraźnie. Zdecydowaną siłą jego twórczości są bohaterowie – świetnie skonstruowani, wiarygodni i dający się od razu polubić (co wbrew pozorom, wcale się tak często w thrillerach nie zdarza). Lisbeth Salander aka. aspołeczny geniusz, to moim zdaniem wręcz objawienie kryminalnej literatury. Jej charakter i osobowość są –przynajmniej w teorii – lekko odpychające, ale podczas czytania nie da się jej nie lubić. Blomkvist, drugi filar powieści, typ czarującego i inteligentnego kobieciarza, to także mocna postać. Czytelnik wręcz czeka, kiedy autor nareszcie skrzyżuje drogi obu bohaterów i pozwoli im połączyć się w świetny duet. Z pozoru banalny (i pojawiający się co jakiś czas w różnych dziełach) wątek książki (zaginięcie dziewyczyny z bogatego domu) Larsson owinął w ciekawe wątki poboczne, tworząc spójną, wciągającą historię.

Do tego styl pisarza jest niewymuszony, lekki. Tej książki się nie czyta, przez nią się po prostu płynie.

Będąc jeszcze w trakcie pierwszej części trylogii, zamówiłam drugą. „Dziewczyna, która igrała z ogniem” nie zawiodła mnie, aczkolwiek atmosfera powieści była już inna. Tym razem Larsson umieścił bohaterów i ich życie w centrum uwagi, przedstawiając z grubsza wręcz nieprawdopodobne (a mimo wszystko wiarygodne) losy Salander. Dwójka trzyma poziom – mamy policyjny pościg za Lisbeth, napięcie, zaskakujące zwroty akcji, kolejny dobrze skonstruowany wątek główny i ciekawe wątki poboczne. No i oczywiście bohaterów. I mimo, że „Dziewczynę…” przeczytałam równie szybko i ochoczo co „Mężczyzn…”, to oceniając z perspektywy czasu, muszę przyznać, że mam większy sentyment do części pierwszej. Możliwe, że chodzi o miejsce akcji (preferuję powieści rozgrywające się w odludnych miejscach), a może po prostu o „magię pierwszego spotkania”, czy jak to się tam zwykło określać.

Na ostatnią część Millenium musiałam czekać aż do października, co w prostej linii przełożyło się u mnie na wystąpienie (jak to sama sobie nazwałam) tzw. Syndromu Post-larssonowskiego. A innymi słowy – straszliwego, czytelniczego głodu na jakąkolwiek literaturę, która mogłaby choć trochę oddać atmosferę pisarstwa Stieg’a. Naturalnym wyborem wydawał się więc thriller i to taki z „wyższej półki”. Tak więc zaraz po „Dziewczynie…” sięgnęłam po „Nie mów nikomu” Harlan’a Coben’a, pozycję zachwalaną, jako jedną z najlepszych w dorobku pisarza. Tak się złożyło, że się z panem Coben’em nigdy wcześniej nie zetknęłam, co najwyżej z recenzjami na temat jego twórczości i „ochami i achami” na temat jego osoby. No i w tym chyba tkwił problem, bo rozczarowałam sie jego powieścią – może nie sromotnie, ale na pewno bardziej niż bym się tego spodziewała. Pomysł był naprawdę dobry – zrozpaczony po brutalnej śmierci swojej żony lekarz, po 5 latach od tragedii otrzymuje zagadkowego anonimowego mail’a, który wskazuje na to, iż jego ukochana żyje. Rozpoczyna się ostrożne śledztwo, które (oczywiście) przeradza się w szaloną pogoń za prawdą. Niestety, postaci są skonstruowane szablonowo i bez polotu, a główny bohater nie wzbudza wielkiego przywiązania, co jest o tyle dziwniejsze, bo mamy tu narrację w pierwszej osobie. Zakończenie, z których tak ponoć słynie Pan Coben, rzeczywiście zaskakuje, ale wydaje się być grubymi nićmi szyte (szczególnie przez wspomnianą już przeze mnie narrację w pierwszej osobie). Wydaje się to być zaskakiwaniem dla samej zasady zaskakiwania, co może trochę uwłaczać inteligencji czytelnika. Żeby jednak oddać autorowi sprawiedliwość, muszę stwierdzić, że książka jest ciekawa i wciągająca – czyta się ją szybko i lekko. Możliwe, że gdyby nie fakt, iz rozpoczęłam lekturę zaraz po Stieg’u Larsson’ie, „Nie mów nikomu” zrobiłoby na mnie lepsze wrażenie. Na razie jednak nie wróciłam do Harlan’a Coben’a – mam jednak na oku jego inną pozycję i wtedy będę wstanie wydac bardziej miarodajny osąd na temat jego twórczości.

6. Merde! W rzeczy samej, Stephen Clarke – A no merde właśnie…

Merde! W rzeczy samej

Merde! W rzeczy samej

Merde! W rzeczy samej

Autor: Stephen Clarke

Tytuł oryginału: Merde Actually

Rok Wydania: 2004

Wydawnictwo: WAB , Lipiec 2007

Liczba stron: 432

Tłumaczenie: Ewa Świerżewska

 

Jaki jest przepis na kąśliwą, humorystyczną książkę, która sprzeda się w milionach egzemplarzy? Jak się okazuje, dość prosty – wystarczy wrzucić razem do garnka:

 – jednego obcokrajowca płci męskiej,

– kraj, którego z racji historii i kultury, tenże obcokrajowiec nie będzie potrafił, mimo ustawicznych usiłowań zrozumieć,

– kilka kobiet, o osobliwych zwyczajach i swobodnym podejściu do seksu,

– stukniętego poetę, nieuczciwego architekta i niezrównoważonych prawie- teściów

– a wszystko to doprawić szczyptą ironii i niepoprawności politycznej a następnie polać sowicie tytułowym Merde

 I – voila! – mamy bestseller.

Dla wszystkich tych, którzy nie wiedzą, co oznacza słówko „Merde”, spieszę z wyjaśnieniem. Jest to, ni mniej ni więcej, nasze polskie (swojskie) „Gówno”, które nie wiedzieć czemu, w języku francuskim brzmi zdecydowanie bardziej elegancko. Jest to także jedno z najpospolitszych przekleństw używanych przez ten naród, mieszczące się w tych samych ramach symboliczno – estetycznych, co polska „cholera”. I wreszcie – jest to hasło przewodnie Poul’a West’a, bohatera książki Clarka, Anglika mieszkającego we Francji i zmagającego się ustawicznie z „Żabojadami”.

„Merde! W rzeczy samej” to druga z cyklu czterech książek napisanych przez Stephan’a Clark’a, brytyjskiego dziennikarza, który od 12 lat mieszka we Francji. Sam cykl, ochrzczony przez prasę jak „męska wersja Bridget Jones”, ma już obecnie status prawie kultowy, szczególnie we Francji i Anglii. Do tej sławy przyczyniły się niewątpliwie okoliczności wydania powieści – Clark napisał pierwszą cześć „Merde” w ramach hobby, po czym wydał samodzielnie 200 sztuk książki, z zamiarem rozdania jej przyjaciołom. Resztę postanowił sprzedać na specjalnie w tym celu stworzonej stronce www. I tu zadziałał typowy marketing szeptany – ludzie zaczęli o powieści mówić, co w konsekwencji sprawiło, że coraz więcej osób chciało ją przeczytać, a biedny Clark musiał „dodrukowywać” kolejne egzemplarze. Po osiągnięciu pułapu 2000 sztuk, pewna firma wydawnicza, złozyła mu intratną propozycję i reszty możemy się już domyślić.

Na początku lektury, byłam pewna, że oto znalazłam idealną książkę w swojej konwencji – pierwsza część (powieść podzielona jest na 8 krótkich części) zaczarowała mnie swoim humorem, atmosferą i bohaterami. Oto właśnie poznajemy Paul’a West’a, który wraz ze swoją francuską dziewczyną Florence przemierza południowe rejony Francji. Gorące lato, wypadek samochodowy, przymusowy pobyt u prawie – teściowej, wiejskie plenery, dziwne zwyczaje miejscowych, które kręcą się głównie wokół poszukiwania pretekstu do wypica kolejnej szklanki wina i  nacierające zewsząd cukinie – tak oto Clarke wprowadza nas w nastrój zapowiadającej się świetnie powieści. Paul musi się wszakże dogadywać z dość ekscentryczną rodziną swojej dziewczyny, harować przy domu, wykonując przedziwne prace ogrodnicze i zmagać się ze swoim rozszalałym libido. Po nieumyślnym zamachu na swoją teściową, którą mężczyzna częstuje herbatką z mydlin, para przenosi się na wyspę Ars, gdzie z kolei musi dzielić domek letniskowy z nieobliczalnym „papa” Florence, którego temeperament jest wybuchowy, chęć do picia ogromna, a libido jeszcze większe niż Paul’a.

I tu właśnie, na malowniczej wyspie Ars, coś zaczyna się psuć – nie u Paul’a – bo u niego „coś” psuje się cały czas – ale u Clarke’a. Możliwe, że to tylko moje osobiste odczucie, ale miałam wrażenie, że autor zaczyna tracić lekkość pióra, dowcipy stają się coraz bardziej schematyczne, a sytuacje przewidywalne. Z niecierpliwością więc, czekałam na moment, gdy Clarke przeniesie swojego bohatera do Paryża, gdzie Paul rozpocznie prace budowlane nad swoją herbaciarnią – w końcu remont i biznes to jedne z najlepszych sytuacji wyjściowych do budowania komizmu sytuacyjnego. I niestety – zawiodłam się jak mało kiedy. Dopiero w stolicy Francji, książka staje się naprawdę bezbarwna, a treść rozwodniona. Gwoździem do trumny jest wprowadzenie do akcji Aleksy, byłej dziewczyny West’a, której pojawienie się, prowokuje bardzo słaby i nudny wątek miłosny. Od około 150 strony, dryfowałam więc na bezkresnym oceanie znurzenia, z nadzieją wypatrując jakiejś egzotycznej wyspy, czyli ciekawego zwrotu akcji. I niestety, do niczego ciekawego nie dopłynęłam. Oczywiście, zdarzały się jeszcze w powieści momenty, gdzie Clarke wzniecał iskrę błyskotliwego humoru, niestety iskry te, nie rozpaliły akcji na tyle, bym mogła ocenić tą książkę pozytywnie. Czuję, że był tutaj spory potencjał, a autor ma talent do humorystycznej prozy, ale niestety – jak dla mnie, to za mało.

Spotkałam się już wcześniej z opiniami, że druga część cyklu jest słabsza od pierwszej. Oby tak było, bo podekscytowana pierwszymi 70 stronami, zamówiłam już „Merde! Rok w Paryżu!”.  Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko przeczytać pierwsze dzieło Clarka i mieć nadzieję, że recenzenci się nie mylili. A dla „Merde! W rzeczy samej” daję 3,5 – głównie za pierwsze 100 stron i parkę naprawdę szalonych teściów.

5. Nazywam się Czerwień, Orhan Pamuk

Nazywam się Czerwień

Nazywam się Czerwień

Nazywam się czerwień

Autor: Orhan Pamuk

Tytuł oryginału: Benim Adim Kirmizi

Rok Wydania: 1998

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie , Maj 2007

Liczba stron: 594

Tłumaczenie: Danuta Chmielowska

Po lekturze „Wahadła Foucaulta”  Umberto Eco (książki w moim skromnym odczuciu wybitnej), zrobiłam sobie tydzień przerwy. Często tak robię, gdy czytam coś co wywiera na mnie duże wrażenie – potrzeba mi wtedy czasu, by poukładać sobie w głowie klepki odpowiedzialne za tzw. literackie doznania. Na „powrót do czytelniczej gry” wybrałam więc sobie powieść, która z racji nagrody, którą odebrał autor, zdawała się obiecywać podobny poziom. Dlatego też kolejną pozycją była książka „Nazywam się czerwień” noblisty literackiego z 2006 roku, Orhana Pamuka.

„Nazywam się Czerwień”  przyrównywano w mediach i recenzjach do innego wielkiego dzieła Eco – „Imienia Róży”. Mimo że tej powieści akurat nie czytałam, to znam jej renomę i samo to stanowiło dla mnie dobrą rekomendację. Jeśli miałam wierzyć zapewnieniom wydawcy, czekały mnie „tajemniczy manuskrypt, zabójstwo, miłość i filozoficzne zagadki”. Zabrałam się więc do czytania.

Powieść Pamuka nie jest z serii tych, co wciągają czytelnika tak, że nawet wybuch wojny i lokalne bombardowania nie są wstanie oderwać go od czytania. To raczej dzieło dla konesera, które można czytać długo, po kilka stron dziennie, racząc się jednym, dwoma rozdziałami, niczym wykwintnym deserem lub dobrym kieliszkiem wina po ciężkim dniu. To trochę jak z „Baśniami tysiąca i jednej nocy”, które można czytać tygodniami i przez cały ten czas odczuwać przyjemność obcowania z dziełem.

Na pozór ciężko jest wyłonić tu głównego bohatera, gdyż autor przedstawia nam ich cała gamę, a do tego każdemu daje głos i szansę przedstawienia swojego punktu widzenia na daną sytuację. Ja jednak intuicyjnie za postać wiodącą obrałam sobie Czarnego -kaligrafa i pisarza, „wygnanego” dwanaście lat wcześniej przez własnego Wuja ze Stambułu, po tym jak mężczyzna dowiedział się, iż chłopak zakochał się w jego pięknej córce. Powieść zaczyna się w momencie gdy Czarny powraca po latach tułaczki do domu. Niedługo potem Wuj kontaktuje się z nim i wtajemnicza w proces tworzenia sekretnej księgi – iluminowanego manuskryptu dla samego Sułtana. Tworzenie tego dzieła trzymane jest w wielkiej tajemnicy, gdyż jest ono unikalne i na swój sposób zuchwałe – ma połączyć osmańską i zachodnią tradycję malarstwa, co dla wielu iluminatorów Wschodu jest bluźnierstwem i największym grzechem. Jak się bowiem okazuje, różnice pomiędzy obydwiema kulturami nie mają podłoża tylko w religii czy kulturze, ale także i w sztuce. Niektórzy z artystów są zafascynowani malarstwem Zachodu i gotowi do fuzji pomiędzy stylami, inni – konserwatywni i uparci, uważają sztukę Wenecji za grzeszną i uprawianą wbrew woli Allaha, przez co absolutnie niedozwoloną.

Jak duży chaos wprowadza w życie poczciwych malarzy księga, możemy się przekonać już z pierwszych stron powieści – zapoznajemy się wtedy z pierwszą ofiarą manuskryptu – martwym iluminatorem leżącym na dnie opuszczonej studni. To pierwsze – i kluczowe – morderstwo w całej powieści, jest preludium do walki, jakiej staniemy się świadkami. Walki nie tylko pomiędzy pojedynczymi malarzami o chwałę, honor i uznanie, ale przede wszystkim walki o światopogląd, religię i odwiecznej walki pomiędzy wartościami Wschodu i Zachodu.

Pomimo, iż morderstwo zazwyczaj obiecuje nam kontynuację w postaci kryminału, dzieła Pamuka nie można sklasyfikować w tak prostych, jednoznacznych kategoriach. Zbrodnia jest tutaj raczej pretekstem do przedstawienia konfliktu myśli i idei pomiędzy dwoma światami, a także do barwnego odmalowania życia i zwyczajów XVI wiecznego Stambułu. Poza wątkiem kryminalnym mamy tutaj bowiem całą masę przypowieści i legend związanych z tradycją Islamu, a także samej sztuki wschodniego malarstwa. Dzieło posiada także bardzo dużo szczegółowych opisów, które dla części czytelników mogą okazać się nużące i przydługie, ale dla innych będą literacką rozkoszą. Jest wreszcie i miłość – wątek dość wyraźny i często powracający na karty książki, aczkolwiek trochę dziwny w odbiorze, przynajmniej dla mnie, Europejki  z XXI wieku.

Postacie Pamuka nie posiadają jakieś szczególnej głębi, a ja miałam niemały problem ze zrozumieniem ich motywacji i wyborów. Najbardziej obcą osobą była dla mnie główna bohaterka, Sekure, obiekt miłości Czarnego i każdego innego mężczyzny który kiedykolwiek ją ujrzał. Nie wiedzieć czemu – może dlatego, że podświadomie nastawiłam się, iż to z tą postacią będę się potrafiła zidentyfikować – trochę mnie to rozczarowało. Czy była to wina przepaści kulturowej, czasowej czy religijnej, a może faktu, że stworzył ją pisarz, a nie pisarka, do dziś nie wiem. Zdecydowanie lepiej rozumiałam Czarnego i to jego najbardziej polubiłam z całej gamy bohaterów.

Dodatkowym plusem „Nazywam się Czerwień” są wspomniane już przeze mnie opisy. Akcja powieści rozgrywa się w zimie i – słowo daję – gdy bohaterowie przemierzali ośnieżone ulice Stambułu, to mimo, iż siedziałam w ciepłym domu, trzęsłam się z zimna razem z nimi. Mamy tu też mnóstwo odwołań do sztuki malarstwa wschodniego i do procesów z nim związanych. Na mnie największe wrażenie wywarł opis przygotowywania czerwonej farby (str.207), który dał mi też całkiem wyraźne wyobrażenie o tym jak w dawnych czasach produkowano kolory.

Reasumując mocne 5 na 6. Książka nie zawładnęła mną całkowicie, ale jest to dzieło napisane z kunsztem godnym Noblisty. Polecam!

3. Księga bez tytułu, Anonim – Barman, lej pan Bourbon!

Księga bez tytułu

Księga bez tytuł

Księga bez tytułu

Autor : Anonim

Tytuł oryginału: The Book with No Name

Data Wydania: 2007

Wydawnictwo: Świat Książki , Styczeń 2009

Liczba stron: 445

Tłumaczenie: Nemo

Dla osób czytających po angielsku, książka jest dostepna na Google Books w formacie PDF

Takiej kampanii promującej książkę, dawno nie widziałam. Jeszcze przed oficjalną datą polskiego wydania, dostałam maila, w którym przekonywano mnie do nabycia owego niezwykłego dzieła – niewykłego, bo bez tytułu i bez autora. Co więcej, pomysł kampanii oparto na starej, wypróbowanej metodzie intrygowania i równocześnie mało wyszukanego droczenia się z potencjalnym czytelnikiem, zachęcając do kupna hasłem: „Pod żadnym pozorem nie czytaj Księgi Bez Tytułu”. Według notki samego autora, każdy kto przeczyta tą ksiązkę, umrze. Z racji powyższego, dla wielu, powieść ta, może się wydać idealnym prezentem dla teściowej, ex kochanka(-i) czy komornika, ale niestety musze ostudzić zapędy co po niektórych –  przeczytałam właśnie owo dzieło i nadal funkcjonuję. Wprawdzie złapało mnie przeziebienie, ale to powszechne o tej porze roku, więc się nie liczy. No, chyba że, to nie jest zwykła infekcja, tylko początek jakiejś egzotycznej, śmiertelnej choroby – wtedy zwrócę autorowi honor.

Wydawca zapewnił, iż „W tej oryginalnej, już legendarnej książce, Tarantino spotyka się z Stephenem Kingiem…”. Co do legendarności i Kinga mogłabym zdecydowanie polemizować, ale książka jest rzeczywiście dość oryginalna, a humor i styl Tarantino wylewa się wręcz z każdej kolejnej strony. Czego tu nie mamy! Morze krwi i kolokwialnie zwanych „flaków”, zwroty akcji, specyficzne poczucie humoru, dziwaczne postaci i bardzo niewybredny język. Anonimowy autor nieźle się napocił by przeniść nas w brudny, lepki i często nonsensowny świat, dając nam maksimum zabawy za minimum wysiłku. Minimum, gdyż książkę czyta się tak łatwo i szybko, że świst przewracanych stronic, dorównuje jedynie w szybkości świstowi latących ustawicznie nad głowami głównych bohaterów kul.

Zaczyna się „od trzęsienia ziemi”. Do najochydniejszej speluny, jaką możemy sobie wyobrazić (aż cud, że ktoś tam w ogóle bywa), gdzie barman Sanczez ma niepokojący zwyczaj, częstowania klientów najprawdziwszymi szczynami, przybywa największy zabijaka na całym świecie, zwany Bourbon Kid. Po emocjonującej konwersacji z śmierdzącymi oprychami, wybija cała klientelę baru (tutaj kłania się nam „Desperado”, nomen omen napisany i wyreżyserowany przez Roberta Rodriguez’a, dobrego kumpla Tarantino), a następnie dokonuje rzezi w miasteczku. Mija pięć lat. Do tej samej mieściny, o dźwięcznej nazwie Santa Mondega (które ma raczej więcej wspólnego ze słowem „Satan” niż „Santa”), przybywa wysoko postawiony, policjant z wydziału do spraw nadprzyrodzonych (i gdyby nie fakt, że jest czarnoskóry, moglibyśmy pomyśleć, że to Fox Mulder). Zaczyna prowadzić śledztwo w sprawie tajemniczej serii morderstw, współpracując z kontrowersyjnym, opętanym myślą o schwytaniu Bourbon Kid’a porucznikiem Somers. Równocześnie do Santa Mondega przyjeżdżają dwaj młodzi mnisi (sprawiający wrażenie, jakby dopiero co ktoś ich odłączył od Matriksa), którzy poszukują skradzionego z ich klasztoru, magicznego kamienia „Oko Księżyca”. Ich naiwność i prosta, ostro kontrastuje z przymiotami reszty „plejady gwiazd” jaką prezentuje nam autor –  mamy tu cały kalejdoskop dziwaków, w tym płatnego zabójcę w przebraniu Elvis’a, wybudzoną z pięcioletniej śpiączki kobietę z amnezją, pogrmocę wampirów z metalową dłonią a’la Terminator, kompletnie pozbawioną nadprzyrodzonych talentów, ale za to bardzo spostrzegawczą Wróżkę i demonicznego szefa mafii El Santio (a to tylko część galerii osobliwości, jakiej możemy uświadczyć w „Księdze”). Drogi każdego z nich krzyżują się w ten lub inny sposób z „Okiem Księżyca” (co często kończy się zgoenm i to w bardzo krwawych okolicznościach), a wszystko to odbywa się na tle zbliżającego się właśnie Zaćmienia Słońca, które nie wiedzieć czemu, w Santa Mondega przytrafia się równo co pięć lat.

Jeżeli czytając „Księgę”, co jakiś czas będziecie mieli ochote wykrzyknąć „Ależ ja skądś to znam!”, to wasza reakcja będzie zupełnie normalna. Bez wątpienia, książka ta to zlepek klisz i kalek z masy różnych filmów i publikacji, ale jako, że jest w zamyśle pastiszem, staje się to jej zaletą a nie wadą. Mamy też tutaj, mnóstwo mniej lub bardziej subtelnych odwołań do popkultury – czasem jednak autor irytuje czytelnika, wyjaśniając mu „jak głupiemu” sens pewnych sformułowań i pozbawiając go zabawy odkrywania ich ukrytego sensu. „Księga” jest również przerysowana w treści, ale to także zabieg planowany – gdyby ktoś na serio starał się upchać w jednej powieści wilkołaki, wampiry, wróżki, seryjnych morderców, teorie konspiracji, rewolwerowców, policję, zaćmienie słońca, tajemną księgę i magiczny kamień, a na koniec polałby to masą krwi i wnętrzności, to zapewne wywołałby tylko uśmiech politowania na twarzy czytelnika. Absurdalne połączenia, takie jak np. umieszczenie w miasteczku z „najwyższym wskaźnikiem morderstw w cywilizowanym świecie”, najgorszej speluny pod Słońcem, podłego motelu, a równocześnie trzypiętrowej, nowoczesnej biblioteki i gigantycznego muzeum z okazami z całego świata, normalnie nie zdałoby egzaminu. Tutaj jednak, wszystko gra. Tak ma po prostu być.

Myślę, że już wkrótce „Księga” będzie sfilmowana. To pozycja, która jest wręcz wymarzona do adaptacji filmowej. Zresztą, jest nawet napisana ze specyficzną manierą, tak, że czytając ją, mamy przed oczami klatki z filmu. Opisów jest niewiele, słownictwo raczej przeciętne, styl płynny acz niewyszukany. Dynamika oparta jest na dialogach i ciągłych zwrotach akcji. Zupełnie bym sie nie zdziwiła, gdyby książka miała być tylko i wyłącznie sposbem na wypromowanie scenariusza, który ktoś, gdzieś właśnie realizuje w studiu filmowym. Wszakże nie znamy jej autora – jest to rozwiązanie bardzo wygodne, gdyż nie możemy nawet zweryfikować żadnej informacji u źródła. A za „Anonimem” może kryć się każdy – od Tarantino, do zbzikowanego nastoletniego fana horrorów i spagetti westernów, który „Księgę” napisał w nudne, lepkie wakacje.

Pozycja obowiązkowa dla fanów Tarantino i Rodrigez’a. Także dla tych, którzy uwielbiają pastisze, żonglerkę konwencjami i zabawę z gatunkiem. Osoby szukające w literaturze ciepła, wzruszeń lub ksiązki, która daje impuls do głębszych przemysleń, powinny sobie odpuścić. Ja daję „Księdze” 5 – głównie dlatego, że wciągneła mnie jak mało która pozycja i dostarczyła mi prostej rozrywki na najwyższym poziomie.

2. Mamuśki Gotowe na Wszystko, Jennifer Weiner – Ciężkie jest życie mamuśki

Mamuśki Gotowe na WszystkoMamuśki gotowe na wszystko

Autor : Jennifer Weiner

Tytuł oryginału: Goodnight nobody

Data Wydania: 2005

Wydawnictwo: Świat Książki , Maj 2008

Liczba stron: 400

Tłumaczenie: Katarzyna Malita

„Nie miałam żadnych szans. Nawet gdybym miała tylko jedno dziecko, na którym skoncentrowałabym wszystkie swoje talenty i energię, nawet gdybym była szczupła i śliczna i miała w sobie dość motywacji, by co rano nakładać makijaż i ćwiczyć przez godzinę, a moim najlepszym sposobem na zabawę było układanie maleńkich kawałeczków tofu na kształt liter rosyjskiego alfabetu”

„Mamuśki Gotowe na Wszystko”, strona 33

Po zmaganiach z geniuszami pióra i Noblistami (co czasem, nie musi – moim skromnym zdaniem- iść w parze), potrzebowałam lektury lekkiej, łatwej i przyjemnej. Jako, że skończyła mi się właśnie Chmielewska, a miałam ochotę na wesoły kryminał, sięgnęłam po „Chick Lit” z wątkiem detektywistycznym – pozycję, która według wydawcy, miała zapewnić mi „humor, zbrodnie i wzruszenie”.

Idealne miasteczko, o znamiennie brzmiącej nazwie Upchurch (po polsku „Górny Kościół”), doskonałe w każdym calu „mamuśki”, które wyglądem przypominają drapieżne, seksowne tygrysice z okładek czasopism dla kobiet i ich „zawsze grzeczne”, odziane w markowe ubranka i odżywiane tylko ekologicznym jedzeniem pociechy – oto świat w którym żyje i którego równocześnie szczerze nienawidzi Kate Klein Borkovitz, młoda mama trójki maluchów. Egzystencja Katie, polega w dużej mierze na rozpaczliwych próbach utrzymania domu w czystości, dzieci w ryzach i swoich nerwów na wodzy.

Spokojny, dopięty na ostatni guzik świat Upchurch, zostaje kompletnie wywrócony do góry nogami, gdy Kate odkrywa zwłoki jednej z „mamusiek”, ze złowieszczo wbitym w plecy, nożem kuchennym. Wycieńczona przytłaczającymi obowiązkami i ciągłą presją bycia „idealną mamuśką”, bohaterka reaguje na zbrodnię przerażeniem, ale także politycznie niepoprawnym podekscytowaniem. Dlatego też, próbująca za wszelką cenę wyrwać się z życiowego marazmu Kate, zaczyna wraz z pomocą swojej przebojowej i zwariowanej przyjaciółki Janie, prowadzić własne, prywatne śledztwo.

To hermetyczne, pozornie sielankowe środowisko, stanowi miejsce akcji czwartej już książki Jennifer Weiner – „Mamuśki gotowe na wszystko”. Weiner, znana przede wszystkim z powieści „In her shoes” (tytuł polski „Siostry”), która w 2005 roku została przeniesiona na ekrany kin i odniosła ogromny sukces, jest w swoich rodzimych Stanach Zjednoczonych jednoznacznie kojarzona z nurtem „Chick Lit”. „Chick Lit” to rodzaj lekkiej, świeżej i zabawnej literatury dla pań, gdzie bohaterkami powieści są zazwyczaj przebojowe, atrakcyjne, robiące karierę i – oczywiście – szukające bezkompromisowej, prawdziwej miłości kobiety. Matkami tego nurtu ochrzczono autorki Helen Fielding („Dziennik Bridget Jones”) i Candace Bushnell („Seks w wielkim mieście”), które swoimi publikacjami przełamały konwenanse dotyczące literatury kobiecej, a ich powieści sprowokowały gwałtowny rozkwit nowego stylu pisarskiego. Jennifer Weiner jest jedną ze kontynuatorek tej „małej książkowej rewolucji”, niektórzy twierdzą, że najlepszą.

„Mamuśki…” nie są jednak typowym „Chick Lit” – przede wszystkim, Weiner oparła fabułę o wątek detektywistyczny, na którym bazuje cała historia. Przebojową karierowiczkę, tak typową dla tego rodzaju powieści, zastąpiła zdesperowana młoda matka, która przeprowadzając się z Nowego Yorku do Upchurch, przeniosła się jednocześnie, do czasów „prawie licealnych”, gdzie najważniejsze są pozory i image, a życie to niekończący się konkurs popularności. Ekscytujące całonocne rajdy po ekskluzywnych restauracjach i klubach, Weiner zamieniła na emocjonujące wyścigi z czasem, gdzie Kate próbuje w przeciągu trzech godzin doprowadzić się do porządku, zrobić pranie, przesłuchać świadka w McDonaldzie, przygotować lunch i odebrać dzieciaki z przedszkola. Mamy tutaj jednak standardowo – jak konwencja nakazuje – przemyślenia na temat współczesnego, kobiecego świata, rozbudowaną przyjaźń między bohaterkami, dużo humoru i autoironii oraz – oczywiście! – rozbudowany wątek miłosny.
Miłosne zawirowania Kate, nie należały do moich ulubionych fragmentów książki, ale doceniłam Weiner, gdy zdecydowała się na „nie do końca typowe” zakończenie tego wątku. Intryga kryminalna trzyma równy, aczkolwiek średni poziom – nie jest to historia na miarę Agaty Christie, ma jednak dość interesujący przebieg. Zdecydowanym atutem książki jest humor i bardzo trafne naszkicowanie młodej, zmęczonej życiem i do tego życia powracającej matki. Weiner, zmywa też idealny makijaż z oblicza małej społeczności i ich mieszkańców, obnażając słabe strony mitu o sielskim życiu na bogatych przedmieściach.

Daję książce mocne 4 na 6. Nie jest to dzieło na miarę Nobla, ale spełnia swoje zadanie – bawi i wzrusza. Ta ciekawa hybryda pomiędzy „Seksem w Wielkim Mieście”, a „Gotowymi na wszystko” trafi szczególnie do młodych mam i kobiet, które w książce lubią połączenie wątku detektywistycznego i humoru. A na zły humor, zawsze można przypomnieć sobie scenę, podczas której Kate przemawia na pogrzebie…

1. „Wahadło Foucaulta” Umberto Eco – Obowiązkowa lektura młodego konspiratora

Wahadło Foucault'sa

Wahadło Foucaulta

Wahadło Foucaulta

Autor: Umberto Eco

Tytuł oryginału: Il Pendolo De Foucault

Data wydania: 1988

Wydawnictwo: Noir sur Blanc , 2007

Liczba stron: 678
Tłumaczenie: Adam Szymanowski

„Wahadło Foucaulta” zostało niejako odgrzebane przez krytyków i czytelników, wraz z nastaniem „davinciomanii” , zapoczątkowanej w 2003 roku przez Dan’a Brown’a. Nie bez powodu – wszystko to o czym pisze Brown, a wraz z nim cała horda innych spadkobierców nowo rozkwitłej, konspiratorskiej schedy, było już wcześniej ujęte w powieści Eco. Z tą tylko różnica, że genialny Umberto zrobił to z kunsztem, nieosiągalnym dla innych pisarzy.

Kiedy więc ja zachwycałam się „Kodem Da Vinci”, mój mąż patrzył na mnie z lekkim pobłażaniem. Czytał „Wahadło” dobrych kilka lat wcześniej i dosyć często wracał do niektórych fragmentów tej powieści, co zdarza mu się niezwykle rzadko.

– Musisz przeczytać tą książkę. To jest doświadczenie literackie życia – zapewniał przy każdej okazji – takiego kalejdoskopu historii, magii, filozofii i geniuszu nie uświadczysz w żadnej innej powieści. No i jeśli na serio myślisz o jakichkolwiek teoriach konspiracji, to ta książka jest dla ciebie lekturą obowiązkową. Zresztą moja kochana, potraktuj to jako jedyny wymagany przeze mnie do wypełnienia obowiązek małżeński.

Nie żartował. Przy każdej nadarzającej się okazji przypominał mi o “Wahadle”, przez co nękał mnie nim nieustannie. Nie wiedziałam wtedy nawet, czym owo wahadło jest i kim był ten cały Foucault, ale jego widmo krążyło nad moją głową, wraz z karcącym wzrokiem mojego męża, gdy tylko sięgałam po inne książki. Po trzech latach wahadłowej presji, zakupiłam w końcu powieść i przystąpiłam do czytania.

Słyszałam, że będzie ciężko. Że początek zniechęca wielu, bo jest filozoficzno – mechaniczny, opisany w słowach trudnych i często nieznanych. Że większość ludzi przerywa lekturę po pierwszym rozdziale. Że są czytelnicy, którzy przymierzali się do przebrnięcia całej powieści po siedem, osiem razy. Lubię wyzwania, więc te opinie nawet  mnie nieco zmotywowały. Otworzyłam księgę z namaszczeniem. I wsiąknęłam “na amen”.

Nawiążę na początek, do wspomnianego wczesniej Brown’a. Gdybym miała obie książki porównać do typu wypoczynku, to “The Da Vinci Code” byłby tygodniowym wyjazdem do tunezyjskiego hotelu, typu “all inclusive”, gdzie przez cały boży dzionek, czytelnik siedzi nad basenem popijając rozwodnione drinki, pławiąc się od czasu do czasu leniwie w wodzie, i opalając swoje ospałe ciało, a wieczorem korzysta z darmowych uroków hotelu, takich jak karaoke, dancing i wystepy magików. Z takiego wyjazdu wraca się zadowolonym, ale ma się poczucie jakiegoś niedosytu, pustki, której – pomimo usilnych starań –  nie mogły wypełnić metry darmowego “szwedzkiego stołu” ani hektolitry piwa. “Wahadło Foucaulta”, byłoby z kolei długą, wyczerpującą podróżą po najdziwniejszych, najbardziej egzotycznych  zakątkach świata, nieoznaczonych na mapie i niedostepnych dla przeciętnego turysty. Podróżą, gdzie na wyposażeniu ma się tylko zawartość plecaka, cienką matę i termos z kawą, gdzie nie jest się pewnym miejsca swojego następnego noclegu ani dokładnych namiarów planowanego celu. Podróżą, gdzie niewygody i trudy nagradzane są zapierającymi dech w piersiach widokami, śniadaniem na malowniczej skarpie, prysznicem pod wodospadem i kolacją u przypadkowo poznanego chwilę wcześniej, wytwornego arystokraty.

Wahadło Foucaulta w Musee des arts et metiers w Paryżu

Wahadło Foucaulta w Musee des arts et metiers w Paryżu

Zacznę więc od środka:

Trzech mężczyzn pracujących w poważnym wydawnictwie  literackim, zostaje zmuszona przez swojego szefa do wybrania kilkunastu pozycji, które miałyby zostać wydane w ramach cyklu „Izyda Obnażona”. „Izyda” ma być zbiorem książek o tematyce ezoterycznej, dlatego redaktorzy natykają się na masę różnych teorii i prawd – od Różokrzyżowców i Templariuszy począwszy, poprzez Sfinksa i Piramidy, aż na Świętym Graalu i podziemnym królestwie Agharta skończywszy. Mając przed sobą masę przeróżnych, najdziwniejszych pomysłów autorstwa członków sekt i tajemnych stowarzyszeń, oraz pionierski (w tamtych czasach) program komputerowy do redagowania słowa pisanego, postanawiają zorganizować sobie intelektualną rozrywkę i pozbierać wszystkie teorie „do kupy”. Chcą nie tylko sprawić by wszystkie hipotezy do siebie pasowały, ale też i stworzyć logiczną alternatywę dla oficjalnej historii świata. Nie dość, że odnoszą sukces, to dodatkowo sami  zaczynają powoli wierzyć w swoją spiskową teorię. Prawdziwe kłopoty rozpoczynają się wtedy, gdy i inni zaczynają podzielać tą wiarę…

Opis zaczęłam od środka książki, gdyż to właściwie wtedy zawiązuje się prawdziwa akcja. Przez pierwsze 200 – 300 stron, czytelnik poznaje głównych bohaterów oraz wszystkie dziwne i  dziwaczne postacie, które zostaną później wplątane w tryby konspiracyjnej machiny, a także bardzo dobrze udokumentowaną historię Zakonu Templariuszy, na której zostanie oparta cała intryga. Początkiem dla całej akcji jest pojawienie się  intrygującego pułkownika Ardenti, wraz z tajemniczym maszynopisem i sekretną, zakodowaną wiadomością, odnalezioną w starym kościele w Prowansji. Poznajemy też członków różnych egzotycznych zgrupowań i stowarzyszeń, na czele z arystokratą Aglie, który pośrednio swoim zachowaniem sugeruje, iż jest nieśmiertelnym Hrabią Saint-Germain. Wszystko to okraszone jest niebanalnymi dialogami, ciekawymi opowiastkami i wycinkami z elektronicznego dziennika jednego z głównych bohaterów.

Jeden z włoskich krytyków literackich, po przeczytaniu powieści, napisał, że „Wahadło” ze względu na ogrom faktów historyczno – naukowych w nim zawartych, winno mieć swój własny indeks. Trzeba przyznać, że książka Eco aż pęka w szwach od ilości przeróżnych teorii, wydarzeń z kart historii i notek biograficznych znanych ludzi. Z całego czasu, jaki przeznaczyłam na zapoznanie się z powieścią, 20% spędziłam na poczciwych googlach, odświeżając sobie wiedzę z różnych dziedzin, douczając się z podstaw fizyki i zagłębiając w życie postaci historycznych o których wcześniej miałam blade pojęcie. W połączeniu z wyszukanym językiem i nieraz ciężkim stylem, czynnik ten sprawia, że „Wahadło” jest dziełem, które wymaga sporej cierpliwości i zacięcia. Powieść to trudna, ale wdzięczna – jeżeli tylko uda nam się złapać jej rytm, to przeżyjemy wspaniałą literacka przygodę, której długo nie zapomnimy.

CIEKAWOSTKI:

1. „Wahadło Foucaulta”, po wydaniu książki Brown’a, zostało nazwane ” ‚Kodem Da Vinci’ osoby myślącej”.

2. Umberto Eco, zapytany o to czy czytał „Kod Da Vinci”, odrzekł, że musiał, gdyż każdy się go o to dopytywał. Stwierdził, że Dan Brown przypomina jednego z bohaterów „Wahadła” – osobę, która zaczęła wierzyć w swoja własną, literacką fikcję.

3. Eco twierdzi, że powieść miała być groteskowym odbiciem konspiracyjnej mody i ukazaniem, jak łatwo jest stworzyć spiskową teorię, opierajac się na faktach i dowodach.

4. Każdy z 119 rozdziałów książki, rozpoczyna się jednym lub dwoma cytatami –  w większości, z książek o tematyce ezoterycznej lub spiskowej.