„Zabójczy spadek uczuć” czyli Zabójczo Irytująca Książka

Autor: Katarzyna Gacek, Agnieszka Szczepańska

Wydawnictwo: Nowy Świat, Luty 2008

ISBN: 978-83-7386-277-7

Liczba stron: 304

„Zabójczy spadek uczuć” to taki polski, nieskomplikowany kryminalik, który wyszedł spod pióra tandemu Gacek i Szczepańskiej. Zasiadając do lektury, nie spodziewałam się arcydzieła na skalę światowej literatury detektywistycznej, ale jakiś tam standard tlił mi się w głowie. Szczególnie po nocie od wydawcy, która zapewniała co następuje:

„Zabójczy spadek uczuć” to porywający kobiecy kryminał, osadzony we współczesnych realiach wielkiego miasta, pełen zaskakujących zwrotów akcji, barwnych postaci i humoru, lekkością pióra nie ustępujący królującej od lat w tym gatunku Joannie Chmielewskiej. Doskonale budowane napięcie i świetny dowcip zadowolą najbardziej wymagających wielbicieli kryminalnych zagadek z miłością w tle.

A teraz weryfikacja: kobiecy to i może, ale kryminał na pewno nie. Jest wprawdzie intryga, ale jest ona tak przewidywalna, że przeciętny czytelnik wie już po pierwszych 20-30 stronach o co chodzi i jak to się skończy. Współczesne realia wielkiego miasta, zaczynają się na wymienianiu nazw ulic, a kończą na pobieżnym opisie bazarku. Zamiast tego, duża część akcji rozwija się w wiosce Czerwieńsk (tam ma miejsce wiele kluczowych wydarzeń). Zwroty akcji są średnio zaskakujące, przede wszystkim z racji tego, że wiemy o co w całej tej „misternej” intrydze chodzi. Barwność postaci polegać może jedynie na opisaniu kolorytu ich ubrań (do czego, nota bene dochodzi dość często – może o to wydawcy tak naprawdę chodziło?), bo dwie główne bohaterki są tak schematyczne i stereotypowe, że mogłyby się znaleźć w encyklopedii jako definicje „słodkiej idiotki” i „sceptycznej realistki”. Humoru też tutaj nie za wiele, lekkość pióra może i była, ale styl autorek czasem przypomina wyjete żywcem z liceum opowiadania moich koleżanek. Obie autorki sa lata świetlne za Joanną Chmielewską, ktora miewała lepsze i gorsze książki, ale zawsze była przezabawna i potrafiła budować świetne intrygi.

W skrócie: Mamy sobie taką Beatkę (a propos, autorki mają strasznie irytująca manierę zdrabniania imion, dlatego więc przez 70% książki Beata to Beatka tudzież Becia, Monika to Monisia, Paweł to Pawełek… reszte możecie sobie wydedukować), zakochaną do szaleństwa w swoim bogatym i przedsiębiorczym narzeczonym Pawełku. Zaślepienie Beatki w Pawełka jest tak ogromne, że aż denerwujące (czasem chciałoby się aż wejść do książki i potrząsnąć ta kobietą raz, a porządnie). Pawełka nie lubi Monisia, najlepsza przyjaciółka Beci, ktora po kilku dziwnych epizodach (np. nakryciu przez Beatkę narzeczonego w kawiarni z inną kobietą, o ponętnym imieniu Weronika, które autorki często zdrabniają jako Weronka) zaczyna prowadzić małe, prywatne śledztwo. Oczywiście Monisia odkrywa pewne fakty, Beatka jak głupia gęś wszystkie te fakty odrzuca, oskarżając przyjaciółkę o zazdrość i chęć zniszczenia jej związku (to tyle na temat szczerości tej całej przyjaźni), posuwając się nawet w jednej scenie do zatkania uszu i krzyku (co ciekawsze, Beatka ma 30 lat)

Główny suspens książki to: czy ślub się odbędzie i jakie jeszcze granice głupoty przekroczy Beatka. Oczywiście te kwestie pozostawiam niewyjaśnione, bo może – mimo mojej raczej niepochlebnej recenzji – ktoś z was się na tą powieść skusi. Szczególnie, że teraz was zaskoczę, bo mimo wszystko podobała mi sie ta książka. Przeczytałam ją szybko i mimo, że z powodu czystej frustracji, wynikającej z głupoty bohaterek, narwałam sobie włosów z głowy, to w jakiś sposób dobrze się bawiłam. Niewykluczone, że przeczytam jeszcze kiedyś jakąś powieść duetu Gacek i Szymańska i co ciekawsze, sama nie wiem dlaczego.

Reasumując: 3 na 6. Jest źle a nawet dobrze 🙂

P.S: W końcu udało mi się uaktualnić dział CYTATY CZYSTO SUBIEKTYWNE. Dziś wybrałam coś z „Wojny żeńsko – męskiej i przeciwko światu”  Hanny Samson.

Reklamy

4. Ryba płynie za mordercą, Umberto Pesco (Ireneusz Iredyński) – Kryminał Noir z przymrużeniem oka

Ryba płynie za mordercą

Ryba płynie za mordercą

Ryba płynie za mordercą

Autor: Umberto Pesco (Ireneusz Iredyński)

Wydawnictwo: Świat Książki , Sierpień 2008

Data wydania: 1959

Liczba stron: 240

Sama nie wiem, jak do tego doszło, że ja – jakby nie patrzeć – miłośniczka literatury detektywistycznej, nigdy nie miałam w ręku żadnego „czarnego kryminału”. Zawsze wybierałam kryminały z całej palety barw i odcieni (babskie, klasyczne, z dreszczykiem lub z humorem), ale kolor noir zawsze mi gdzieś umykał. Pierwszy raz zdałam sobie z tego sprawę, gdy czytałam „Wahadło Foucaulta”, w którym to Umberto często wplatał postać Sam’a Spade’a, a ja miałam duże wątpliwości co do określenia, kim jest owy osobnik. Gdy okazało się, że nawet mój mąż (który kryminałów nie czyta w ogóle), wie, kim jest ta osobistość i z jakiej książki pochodzi, zadumałam się głęboko nad swoim stanem wiedzy dotyczącym literatury kryminalnej.

Jak więc możecie się spodziewać, niedługo potem zamówiłam kultowego „Sokoła Maltańskiego” Dashiell’a Hammett’a. Przeglądając listę innych książek internetowej księgarni, natrafiłam także na inny „czarny kryminał”, który prezentował się dość intrygująco. Napisany przez Polaka, Ireneusza Iredyńskiego, pochodził z końca lat ’50 – jego akcja rozgrywa się we Włoszech, a protagonistą historii jest najwyraźniej alter ego pisarza – Umberto Pesco. Wydawca zachęcił mnie „dowcipnymi dialogami, ironicznym humorem i zaskakującymi zwrotami akcji”. Dorzuciłam więc owo dzieło do wirtualnego koszyka i już wkrótce mogłam napawać się nowa zdobyczą, odzianą w niebieską, old school’ową okładkę.

Sama też nie wiem, czemu zdecydowałam się zacząć moja przygodę z „noir” od „Ryby” a nie od „Sokoła” (nota bene, ciekawe, że oba tytuły odwołują się do zwierząt. Ciekawe, czy Freud miałby opinię na ten temat?). Możliwe, że chciałam uniknąć porównań do mistrza gatunku, za którego wielu uznaje Hammett’a i przeczytać książkę bez uprzedzeń i bez wielkich oczekiwań. Chyba stało się dobrze, bo „Ryba” nie porwała mnie ani swoją fabułą, ani bohaterami, choć przyznać muszę, że źle nie było.

Mamy więc Umberto Pesco – mieszankę nonszalancji, twardej ręki i niezawodności. Bohater jest znanym włoskim detektywem, który posiada własna agencję wraz z dwoma filiami i najwyraźniej zna się na swoim fachu lepiej niż sam Spade. Pewnego dnia, do jego biura przychodzi bogaty i znany producent filmowy, Carlo Barenzo, który podejrzewając czyhające na niego niebezpieczeństwo, wynajmuje Pesco jako ochroniarza. Zanim jednak detektyw rozpoczyna swoją robotę, klient zostaje zamordowany w dosyć podłym moteliku, godzinę po spotkaniu z Pesco. Umberto, który otrzymał wynagrodzenie z góry, uznaje za punkt honoru, odnalezienie mordercy swojego niedoszłego klienta.

To tyle. I aż tyle. Tak naprawdę bowiem, wydaje mi się że książka nie została napisana dla zachwycenia widza ciekawą intrygą czy popisami detektywistycznymi, ale w hołdzie pewnej konwencji. Wątek morderstwa jest prosty jak but, a śledztwo jest średnio skomplikowane. Dodatkowo Iredyński nie gra z czytelnikiem „fair” (co w sumie jest (nie)stety coraz powszechniejsze w tego typu literaturze) –  czyli brak tutaj subtelnych wskazówek, które wytrawny znawca sztuki kryminału mógłby wyłapać i w rezultacie odkryć sprawcę. Taka finezja swoistej gry z odbiorcą, typowa dla np. Agaty Christie, tutaj jest zupełnie zignorowana. Wprawdzie zabójcą jest osobą z kręgu bliższych i dalszych podejrzanych, ale jej tożsamości możemy się domyślić, jedynie w przypadku znajomość konwencji „noir”. Jak już jednak wspomniałam wcześniej, zadaniem „Ryby” nie jest zapewnienie czytelnikowi gimnastyki intelektualnej, ale wprowadzenie w pewien, już trochę trącący myszką, świat prywatnych detektywów i ich specyficznego stylu bycia.

I tu się Iredyńskiemu udało. Mimo, że przez pierwsze 80 stron, nie czułam nawet że znajduję się we Włoszech, to potem zostało mi to wynagrodzone. Mamy więc atmosferę podejrzanych dzielnic, krąg podłych cwaniaczków, mafijne porachunki i femme fatale. Pesco przez cały czas raczy się trunkami wysokoprocentowymi (aż cud, że był w ogóle w stanie utrzymać się na nogach, nie wspominając już nawet o prowadzeniu śledztwa) i odpala jednego papierosa od drugiego, pomykając od czasu do czasu w swojej wysłużonej lancii i strzelając do złych bandytów. Ciekawie został przedstawiony jego układ z policją (nota bene, stereotypowo nieskuteczną), a szczególnie z policjantem i malarzem-amatorem w jednym, Franco Garden’em, który jest przyjacielem detektywa i pomaga mu w śledztwie (mimo, że zapewne myśli, iż jest na odwrót). Pesco przez cała powieść jest ciągle w ruchu – nie ma tu chwil na głębsze refleksje czy przemyślenia co do śledztwa, wszystko „wyłazi w praniu”. Dzięki temu, książka jest bardzo dynamiczna i czyta się ją bardzo szybko, aczkolwiek brak tutaj typowych dla książek detektywistycznych analiz i podsumowań.

„Ryba płynie za mordercą” nie jest na pewno typowym kryminałem noir, biorąc pod uwagę fakt, że najczarniejszą rzeczą podczas jej czytania, była kawa w mojej filiżance. Jest to jednak z pewnością ciekawa kalka pewnych schematów, doprawiona ironią i napisana z przymrużeniem oka. Nonszalancja i nieugięta postawa naszego głównego bohatera, szczególnie względem przesłuchiwanych osób, wydaje się być lekko przerysowana, ale sprawia czytelnikowi niezłą frajdę. Takich detektywów, którzy – gdy nie podoba im się twoja odpowiedź – „biorą cię za mordę” lub „walą po pysku” już wszakże nie ma. Tak powszechna w dzisiejszych czasach poprawność polityczna, straszenie policji sądem i „prawa oskarżonego” tutaj nie mają racji bytu. Dlatego też, ta podróż w trochę przerysowany i odrobinę karykaturalny świat starych dobrych detektywów z lat ’60 ma w sobie coś z podroży w utopijne czasy czarno-białego świata, gdzie jest tylko „on przeciwko światu”. No może nie tylko. Jest bowiem jeszcze Ona 😉

Reasumując, 3.5 na 6. Bez rewelacji i bez fajerwerków, ale dialogi i Pesco ratują całokształt.