3. Księga bez tytułu, Anonim – Barman, lej pan Bourbon!

Księga bez tytułu

Księga bez tytuł

Księga bez tytułu

Autor : Anonim

Tytuł oryginału: The Book with No Name

Data Wydania: 2007

Wydawnictwo: Świat Książki , Styczeń 2009

Liczba stron: 445

Tłumaczenie: Nemo

Dla osób czytających po angielsku, książka jest dostepna na Google Books w formacie PDF

Takiej kampanii promującej książkę, dawno nie widziałam. Jeszcze przed oficjalną datą polskiego wydania, dostałam maila, w którym przekonywano mnie do nabycia owego niezwykłego dzieła – niewykłego, bo bez tytułu i bez autora. Co więcej, pomysł kampanii oparto na starej, wypróbowanej metodzie intrygowania i równocześnie mało wyszukanego droczenia się z potencjalnym czytelnikiem, zachęcając do kupna hasłem: „Pod żadnym pozorem nie czytaj Księgi Bez Tytułu”. Według notki samego autora, każdy kto przeczyta tą ksiązkę, umrze. Z racji powyższego, dla wielu, powieść ta, może się wydać idealnym prezentem dla teściowej, ex kochanka(-i) czy komornika, ale niestety musze ostudzić zapędy co po niektórych –  przeczytałam właśnie owo dzieło i nadal funkcjonuję. Wprawdzie złapało mnie przeziebienie, ale to powszechne o tej porze roku, więc się nie liczy. No, chyba że, to nie jest zwykła infekcja, tylko początek jakiejś egzotycznej, śmiertelnej choroby – wtedy zwrócę autorowi honor.

Wydawca zapewnił, iż „W tej oryginalnej, już legendarnej książce, Tarantino spotyka się z Stephenem Kingiem…”. Co do legendarności i Kinga mogłabym zdecydowanie polemizować, ale książka jest rzeczywiście dość oryginalna, a humor i styl Tarantino wylewa się wręcz z każdej kolejnej strony. Czego tu nie mamy! Morze krwi i kolokwialnie zwanych „flaków”, zwroty akcji, specyficzne poczucie humoru, dziwaczne postaci i bardzo niewybredny język. Anonimowy autor nieźle się napocił by przeniść nas w brudny, lepki i często nonsensowny świat, dając nam maksimum zabawy za minimum wysiłku. Minimum, gdyż książkę czyta się tak łatwo i szybko, że świst przewracanych stronic, dorównuje jedynie w szybkości świstowi latących ustawicznie nad głowami głównych bohaterów kul.

Zaczyna się „od trzęsienia ziemi”. Do najochydniejszej speluny, jaką możemy sobie wyobrazić (aż cud, że ktoś tam w ogóle bywa), gdzie barman Sanczez ma niepokojący zwyczaj, częstowania klientów najprawdziwszymi szczynami, przybywa największy zabijaka na całym świecie, zwany Bourbon Kid. Po emocjonującej konwersacji z śmierdzącymi oprychami, wybija cała klientelę baru (tutaj kłania się nam „Desperado”, nomen omen napisany i wyreżyserowany przez Roberta Rodriguez’a, dobrego kumpla Tarantino), a następnie dokonuje rzezi w miasteczku. Mija pięć lat. Do tej samej mieściny, o dźwięcznej nazwie Santa Mondega (które ma raczej więcej wspólnego ze słowem „Satan” niż „Santa”), przybywa wysoko postawiony, policjant z wydziału do spraw nadprzyrodzonych (i gdyby nie fakt, że jest czarnoskóry, moglibyśmy pomyśleć, że to Fox Mulder). Zaczyna prowadzić śledztwo w sprawie tajemniczej serii morderstw, współpracując z kontrowersyjnym, opętanym myślą o schwytaniu Bourbon Kid’a porucznikiem Somers. Równocześnie do Santa Mondega przyjeżdżają dwaj młodzi mnisi (sprawiający wrażenie, jakby dopiero co ktoś ich odłączył od Matriksa), którzy poszukują skradzionego z ich klasztoru, magicznego kamienia „Oko Księżyca”. Ich naiwność i prosta, ostro kontrastuje z przymiotami reszty „plejady gwiazd” jaką prezentuje nam autor –  mamy tu cały kalejdoskop dziwaków, w tym płatnego zabójcę w przebraniu Elvis’a, wybudzoną z pięcioletniej śpiączki kobietę z amnezją, pogrmocę wampirów z metalową dłonią a’la Terminator, kompletnie pozbawioną nadprzyrodzonych talentów, ale za to bardzo spostrzegawczą Wróżkę i demonicznego szefa mafii El Santio (a to tylko część galerii osobliwości, jakiej możemy uświadczyć w „Księdze”). Drogi każdego z nich krzyżują się w ten lub inny sposób z „Okiem Księżyca” (co często kończy się zgoenm i to w bardzo krwawych okolicznościach), a wszystko to odbywa się na tle zbliżającego się właśnie Zaćmienia Słońca, które nie wiedzieć czemu, w Santa Mondega przytrafia się równo co pięć lat.

Jeżeli czytając „Księgę”, co jakiś czas będziecie mieli ochote wykrzyknąć „Ależ ja skądś to znam!”, to wasza reakcja będzie zupełnie normalna. Bez wątpienia, książka ta to zlepek klisz i kalek z masy różnych filmów i publikacji, ale jako, że jest w zamyśle pastiszem, staje się to jej zaletą a nie wadą. Mamy też tutaj, mnóstwo mniej lub bardziej subtelnych odwołań do popkultury – czasem jednak autor irytuje czytelnika, wyjaśniając mu „jak głupiemu” sens pewnych sformułowań i pozbawiając go zabawy odkrywania ich ukrytego sensu. „Księga” jest również przerysowana w treści, ale to także zabieg planowany – gdyby ktoś na serio starał się upchać w jednej powieści wilkołaki, wampiry, wróżki, seryjnych morderców, teorie konspiracji, rewolwerowców, policję, zaćmienie słońca, tajemną księgę i magiczny kamień, a na koniec polałby to masą krwi i wnętrzności, to zapewne wywołałby tylko uśmiech politowania na twarzy czytelnika. Absurdalne połączenia, takie jak np. umieszczenie w miasteczku z „najwyższym wskaźnikiem morderstw w cywilizowanym świecie”, najgorszej speluny pod Słońcem, podłego motelu, a równocześnie trzypiętrowej, nowoczesnej biblioteki i gigantycznego muzeum z okazami z całego świata, normalnie nie zdałoby egzaminu. Tutaj jednak, wszystko gra. Tak ma po prostu być.

Myślę, że już wkrótce „Księga” będzie sfilmowana. To pozycja, która jest wręcz wymarzona do adaptacji filmowej. Zresztą, jest nawet napisana ze specyficzną manierą, tak, że czytając ją, mamy przed oczami klatki z filmu. Opisów jest niewiele, słownictwo raczej przeciętne, styl płynny acz niewyszukany. Dynamika oparta jest na dialogach i ciągłych zwrotach akcji. Zupełnie bym sie nie zdziwiła, gdyby książka miała być tylko i wyłącznie sposbem na wypromowanie scenariusza, który ktoś, gdzieś właśnie realizuje w studiu filmowym. Wszakże nie znamy jej autora – jest to rozwiązanie bardzo wygodne, gdyż nie możemy nawet zweryfikować żadnej informacji u źródła. A za „Anonimem” może kryć się każdy – od Tarantino, do zbzikowanego nastoletniego fana horrorów i spagetti westernów, który „Księgę” napisał w nudne, lepkie wakacje.

Pozycja obowiązkowa dla fanów Tarantino i Rodrigez’a. Także dla tych, którzy uwielbiają pastisze, żonglerkę konwencjami i zabawę z gatunkiem. Osoby szukające w literaturze ciepła, wzruszeń lub ksiązki, która daje impuls do głębszych przemysleń, powinny sobie odpuścić. Ja daję „Księdze” 5 – głównie dlatego, że wciągneła mnie jak mało która pozycja i dostarczyła mi prostej rozrywki na najwyższym poziomie.

Reklamy