Horror po polsku: „Domofon” Zygmunt Miłoszewski

Kiedy byłam dzieckiem, nie bałam się windy, a to dlatego, że od urodzenia do ósmego roku życia mieszkałam w wieżowcu na dziewiątym piętrze. Windy były dla mnie czymś zupełnie naturalnym, tak jak dla innych naturalne są schody i jako dziecko nigdy nie odczuwałam strachu przed korzystaniem z tego cudu techniki. Pamiętam nawet, jak kiedyś w moim bloku, pomiędzy piętrami utknął chłopiec; pamiętam, jak otworzono siłą mosiężne drzwi i wyciągnięto go przez niewielką szczelinę, która powstała w wyniku konfiguracji kabiny i szybu. Było to swego rodzaju „szoł”, emocjonujący ewenement w skali ciągłych kursów „z dziewiątego na parter” i mimo żywej ekscytacji, jaka mi się udzieliła, z pewnością nie dostrzegłam w całym zdarzeniu, niczego strasznego czy niebezpiecznego.

Czasy się jednak zmieniają, dzieci dojrzewają, a rodziny przeprowadzają. W trzeciej klasie podstawówki zamieszkałam w czteropiętrowym bloku i przestałam korzystać z windy. Na początku zdarzało mi się wykradać na druga stronę ulicy, gdzie stały wieżowce i jeździć od czasu do czasu w dół i w górę, (czemu to robiłam, sama nie wiem), ale wkrótce znudziły mi się te wycieczki. Niedługo potem, windy stały się dla mnie urządzeniami kompletnie obcymi. Do czasu.

Najpierw jakiś agent federalny w jednym z odcinków „Z Archiwum X” został kompletnie zmiażdżony, kiedy winda, w której jechał, spadła z hukiem z najwyższego piętra. Potem był niezapomniany „Speed” z Keanu Reeves’em i uroczą Sandrą B. gdzie „dramat windowy” rozgrywał się przez pierwsze pół godziny filmu. Przerażające sceny z windą w roli głównej, zaczęły pojawiać się w kinematografii i literaturze jak „grzyby po deszczu”, a konsekwencje tego wykwitu, były dla mojej psychiki ogromne: Już jako nastolatka, nieraz wolałam wczołgać się na ósme piętro, (i to w obcasach) niż skorzystać z dźwigu.

Kiedy przeczytałam notkę wydawcy na temat „Domofonu” Zygmunta Miłoszowskiego, która kończy się pytaniem: „I jak tu wsiąść po takiej lekturze do windy?”, uznałam, że musze mieć tą powieść. Część „z nas” tak ma – lubimy oglądać horrory i czytać o naszych największych, często irracjonalnych strachach. Jest tu jakaś dziwna chęć poczucia tej pulsującej adrenaliny w mózgu, masochistyczna przyjemność konfrontowania własnych lęków (z tych samych pobudek, nigdy nie odmawiam horrorom z klaunem w roli głównej). Dodatkowym bodźcem był fakt, że jest to horror „Made in Poland”, który na Merlin.pl ma ocenę 4, 5 gwiazdki, co samo w sobie było bardzo zachęcające. I tak, popełniłam 3Z: Zamówiłam, Zapłaciłam i Zabrałam się do czytania.

Krótko o zawiązaniu akcji: Młode małżeństwo z Olecka, przeprowadza się do Warszawy i zamieszkuje w jednym z wieżowców na Bródnie. Oboje pełni zapału i nadziei na nowe, lepsze życie, zostają na wstępie psychicznie „pobici”, przez makabryczne odkrycie na klatce schodowej swojego nowego bloku: zwłoki mężczyzny, który został najwyraźniej zdekapitowany przez windę. Jak się okazuje, facet ze ściętą głową jest dopiero wstępem do innych, równie szokujących wydarzeń, których doświadczą wszyscy mieszkańcy bloku. Równolegle do losów Roberta i Agnieszki, poznajemy żywot Wiktora (nota bene, mojego ulubionego bohatera „Domofonu”), byłego dziennikarza i alkoholika, który po raz kolejny, próbuje się podnieść z dna oraz Kamila, maturzysty, który ma ustawiczne problemy z rodzicami. To właśnie owa dwójka, wraz z Agnieszką, będzie się starać odkryć mroczną tajemnicę, którą leży u samych fundamentów wieżowca. Dosłownie i w przenośni.

Czego my tu nie mamy! Pan Miłoszewski chwyta się dobrze sprawdzonych sztuczek i gra na naszych najgorszych strachach. Bo o ile nie każdy musi się bać windy, to każdego z nas przechodzi dreszcz, gdy musimy zejść do ciemnej, klaustrofobicznie wąskiej piwnicy. „Domofon” obfituje też w przerażające koszmary senne i halucynacje, dziwnych lokatorów i materializująca się ciemną nicość, która oplata cały budynek i więzi mieszkańców w środku. I jak niedorzecznie by to wszystko brzmiało, autor opisuje akcję wyjątkowo sprawnie, unikając kiczowatości i tak często spotykanej w tym gatunku tandety.

Gdzieś wyczytałam, że inspiracją Miłoszewskiego, jest król horroru Stephen King – na szczęście, w swojej powieści, autor nie starał się usilnie kopiować amerykańskiego pisarza. A nawet dzięki Bogu, bo przed „Domofonem” czytałam właśnie takiego „kingowskiego” uzurpatora i rozczarowałam się. Mam tu na myśli „Blues’a duchów” Jonathan’a Maberry’ego, książkę z mega potencjałem, zmarnowanym przez przydługie, nudne opisy, (które miały być zapewne napisane w stylu Kinga), niewiarygodne, czasami wręcz komiksowe postaci i nieudane połączenie świata rzeczywistego z nadprzyrodzonym. Żeby być sprawiedliwym, muszę przyznać, że historia była intrygująca, a Maberry pisze sprawnie; to jednak nie uratowało tej pozycji w moich oczach. Za najlepszy dowód mogę podać fakt, że na 30 stron przed końcem, książkę przerwałam i już do niej nie wróciłam, a dodatkowo tak mnie zdemotywowala, że nawet nie zdobyłam się jej zrecenzowanie.

Miłoszewskiemu udaje się ominąć błędy Maberry’ego – szarą rzeczywistość warszawskiego blokowiska łączy z upiorami, klątwami i silami nadprzyrodzonymi wręcz po mistrzowsku. Nie ma tutaj zgrzytów, śmieszności czy poczucia odrealnienia, wszystko wypada bardzo naturalnie i wiarygodnie. Dodatkowym atutem „Domofonu” są bardzo dobrze skonstruowani bohaterowie, z ciekawymi życiorysami i rozterkami, ale przede wszystkim zachowujący się NORMALNIE. Żadnych dziwacznie stylizowanych dialogów, czy nielogicznych zachowań – przeciętni ludzie ze standardowym wachlarzem zachowań. Dlatego też, czytelnikowi jest się o wiele łatwiej identyfikować z bohaterami, oraz poczuć ich strach.

Niektórzy widzą w „Domofonie” metaforę współczesnych stosunków społecznych: postępujące wyobcowanie, obojętność wobec najbliższych, zamknięcie się w swoich własnych egoistycznych „czterech ścianach”. No cóż… ja nie. Gdybym musiała na siłę się zastanawiać i łączyć wątki z książki z wybranymi problemami cywilizacyjnymi, to zapewne by mi się to udało. Tylko, po co? Wydaje mi się, że polscy czytelnicy są przyzwyczajeni do tego, że skoro o blokach to musi być o biedzie, upadkach, rozpaczy, Masłowskiej, dresiarzach bez przyszłości… nie, nie musi. Szary, brudny, klaustrofobiczny bok, piwnica, winda, domofon, śmierdzące zsypy na śmieci: według mnie to jest idealne miejsce akcji horroru. Straszniejsze niż zamek, czy dom na odludziu.

Reasumując: Ocena 5/6. Duży plus. Obowiązkowa pozycja dla tych, którzy lubią powieści z dreszczykiem. Świeży powiew na polskim rynku wydawniczym, i jak to napisał jeden z recenzentów na Merlin.pl: „No daj Boże zdrowie autorowi i niech on jeszcze pisze, może niekoniecznie horrory takie, ale dla mnie to wreszcie jakaś dobra polska książka”.

Autor: Zygmunt Miłoszewski

Wydawnictwo: WAB, Marzec 2005

Seria: Z Zegarkiem

ISBN: 83-7414-068-2

Liczba stron: 384

„Wojna żeńsko – męską i przeciwko światu”

 
Autor: Hanna Samson
 
Wydawnictwo: Santorski CO, Wrzesień 2005
 
ISBN: 83-60207-16-X
 
Liczba stron: 152

 

Od czasu do czasu, zdarza się taka książka, która wprawia w osłupienie. Ty czytasz z rozwartymi ustami, przecierając oczy ze zdumienia, a ona sobie jest, trwa, płynie i z kartki na kartkę uderza cię jak obuchem jej skandaliczny język, jej wulgarny nieraz charakter, a równocześnie świetnie wyjustowana trafność, jakaś podskórna mądrość, która cię pociagą, ale i zawstydza. Pociąga, bo wydaje się prawdziwa; zawstydza, bo opakowana jest w tysiące penisów, stosunków i seksualnych niedorzeczności.

Tak więc czytałam „Wojnę żeńsko – męską i przeciwko światu” i trwałam sobie w osłupieniu, tak przez pół ksiązki conajmniej. Z czasem, to osłupienie ewoluowało w chwilowe niedowierzanie, przemieszane z rozbawieniem i tak zostało do końca tej krótkiej, bo niespełna 150-stronicowej opowieści. Zastrzegam z góry, nie każdemu przypadnie do gustu specyficzna estetyka (a dla niektórych jej brak) „Wojny…” , mimo wszystko jednak, pozycja ta jest warta zachodu. Wszakże, swego czasu „Wojna…”, była szumnie nazywana pierwszą, kobiecą książką pornograficzną w Polsce.

„Wojna…” to pełna seksu i humoru opowieść o bezrobotnej dziennikarce i pisarce, której główną „radością” życia jest seks bez zobowiązań, głównym pożywieniem puszka groszku (raz na jakiś czas), a głównym pragnieniem – wyrwanie się z finansowego marazmu. Barbara, dzięki swojej determinacji (i wyjątkowym umiejętnościom oralnym, nie mylić z oratorskimi), dostaje szansę na publikowanie comiesięcznych felietonów w „Wyuzdanym Magazynie dla Pań”. Jej pierwszy tekst, o dźwięcznym tytule „Pies w spodniach. O kluczowej roli penisa w diagnozowaniu osobowości mężczyzny”, wywołuje ogromny skandal, masową histerię i sprawia, że Barbara z bezrobotnego pisamka, przeobraża się w świadomości Polaków, w boginię seksu i specjalistę „od penisa”. Od tej chwili wszystko postępuje lawinowo – sława, bogactwo, nieprzyzwoita popularność, autorski teleturniej „Whose is chuj?” i prywatna Klinika Prącia. Ale Barbara nie jest szczęśliwa – wręcz przeciwnie – pogrąża się coraz bardziej w depresji, jest coraz bardziej zmęczona i zagubiona.

Motyw przewodni powieści nie jest wyszukany, ośmielę sie nawet stwierdzić, że (szczególnie po publikacji „Bridget Jones”) jest to jeden z najbardziej oklepanych tematów literatury kobiecej. Chodzi oczywiście o „Kobieta w wieku średnim przechodzi kryzys i co z tego wynika”. Sposób w jaki jednak Pani Samson potraktowała zagadnienie, jest zjawiskowy. Zamiast stron, zapełnionych rozmyślaniami typu „beznadziejność życia”… „i jestem w pułapce”… „a on mnie zostawił…zdradził…czy ktoś mnie pokocha?”… „wychodzi słońce…znów pada deszcz i depresja”… „kolejna dieta, kolejna przemiana”… „wierzę w miłość”, mamy pieprzny język, rubaszny humor i poważne przemyślenia, wplecione w to wszystko jakby od niechcenia, ale z mocą, której można odmówić większości „babskiej” literatury.

Warto więc poznać Barbarę, kobietę, która walczy z nadwaga, zwracając posiłki, niczym „Księżna Diana, królowa ludzkich serc”. Kobietę, która w finansowej desperacji, stawia przy swoim łózku stolik z porcelanowym talerzykiem, z nadzieją, że jej kochankowie wrzucą na niego „co łaska”. Kobietę, która próbując odnaleźć radość życia, zażywa testosteron, co przyprawia ją o niekontrolowany popęd seksualny, brodę oraz wąsy. I wreszcie, kobietę, która w morzu penisów, strumieniach pieniędzy i oceanie sławy, dryfuje podświadomie ku źródle miłości.

Na okładce powieści widnieje: „To książka o przewadze kobiety nad mężczyzną, wrażliwości nad testosteronem, miłości nad seksem”. Mimo wszystko, nie zniechęcajcie się panowie. Warto sięgnąć, chociażby po to by sprawdzić, czy teoria Barbary Patryckiej o określaniu osobowości na podstawie penisa, zawiera w sobie choć odrobinę prawdy.

Reasumując: 4,5 na 6.

„Zabójczy spadek uczuć” czyli Zabójczo Irytująca Książka

Autor: Katarzyna Gacek, Agnieszka Szczepańska

Wydawnictwo: Nowy Świat, Luty 2008

ISBN: 978-83-7386-277-7

Liczba stron: 304

„Zabójczy spadek uczuć” to taki polski, nieskomplikowany kryminalik, który wyszedł spod pióra tandemu Gacek i Szczepańskiej. Zasiadając do lektury, nie spodziewałam się arcydzieła na skalę światowej literatury detektywistycznej, ale jakiś tam standard tlił mi się w głowie. Szczególnie po nocie od wydawcy, która zapewniała co następuje:

„Zabójczy spadek uczuć” to porywający kobiecy kryminał, osadzony we współczesnych realiach wielkiego miasta, pełen zaskakujących zwrotów akcji, barwnych postaci i humoru, lekkością pióra nie ustępujący królującej od lat w tym gatunku Joannie Chmielewskiej. Doskonale budowane napięcie i świetny dowcip zadowolą najbardziej wymagających wielbicieli kryminalnych zagadek z miłością w tle.

A teraz weryfikacja: kobiecy to i może, ale kryminał na pewno nie. Jest wprawdzie intryga, ale jest ona tak przewidywalna, że przeciętny czytelnik wie już po pierwszych 20-30 stronach o co chodzi i jak to się skończy. Współczesne realia wielkiego miasta, zaczynają się na wymienianiu nazw ulic, a kończą na pobieżnym opisie bazarku. Zamiast tego, duża część akcji rozwija się w wiosce Czerwieńsk (tam ma miejsce wiele kluczowych wydarzeń). Zwroty akcji są średnio zaskakujące, przede wszystkim z racji tego, że wiemy o co w całej tej „misternej” intrydze chodzi. Barwność postaci polegać może jedynie na opisaniu kolorytu ich ubrań (do czego, nota bene dochodzi dość często – może o to wydawcy tak naprawdę chodziło?), bo dwie główne bohaterki są tak schematyczne i stereotypowe, że mogłyby się znaleźć w encyklopedii jako definicje „słodkiej idiotki” i „sceptycznej realistki”. Humoru też tutaj nie za wiele, lekkość pióra może i była, ale styl autorek czasem przypomina wyjete żywcem z liceum opowiadania moich koleżanek. Obie autorki sa lata świetlne za Joanną Chmielewską, ktora miewała lepsze i gorsze książki, ale zawsze była przezabawna i potrafiła budować świetne intrygi.

W skrócie: Mamy sobie taką Beatkę (a propos, autorki mają strasznie irytująca manierę zdrabniania imion, dlatego więc przez 70% książki Beata to Beatka tudzież Becia, Monika to Monisia, Paweł to Pawełek… reszte możecie sobie wydedukować), zakochaną do szaleństwa w swoim bogatym i przedsiębiorczym narzeczonym Pawełku. Zaślepienie Beatki w Pawełka jest tak ogromne, że aż denerwujące (czasem chciałoby się aż wejść do książki i potrząsnąć ta kobietą raz, a porządnie). Pawełka nie lubi Monisia, najlepsza przyjaciółka Beci, ktora po kilku dziwnych epizodach (np. nakryciu przez Beatkę narzeczonego w kawiarni z inną kobietą, o ponętnym imieniu Weronika, które autorki często zdrabniają jako Weronka) zaczyna prowadzić małe, prywatne śledztwo. Oczywiście Monisia odkrywa pewne fakty, Beatka jak głupia gęś wszystkie te fakty odrzuca, oskarżając przyjaciółkę o zazdrość i chęć zniszczenia jej związku (to tyle na temat szczerości tej całej przyjaźni), posuwając się nawet w jednej scenie do zatkania uszu i krzyku (co ciekawsze, Beatka ma 30 lat)

Główny suspens książki to: czy ślub się odbędzie i jakie jeszcze granice głupoty przekroczy Beatka. Oczywiście te kwestie pozostawiam niewyjaśnione, bo może – mimo mojej raczej niepochlebnej recenzji – ktoś z was się na tą powieść skusi. Szczególnie, że teraz was zaskoczę, bo mimo wszystko podobała mi sie ta książka. Przeczytałam ją szybko i mimo, że z powodu czystej frustracji, wynikającej z głupoty bohaterek, narwałam sobie włosów z głowy, to w jakiś sposób dobrze się bawiłam. Niewykluczone, że przeczytam jeszcze kiedyś jakąś powieść duetu Gacek i Szymańska i co ciekawsze, sama nie wiem dlaczego.

Reasumując: 3 na 6. Jest źle a nawet dobrze 🙂

P.S: W końcu udało mi się uaktualnić dział CYTATY CZYSTO SUBIEKTYWNE. Dziś wybrałam coś z „Wojny żeńsko – męskiej i przeciwko światu”  Hanny Samson.

6. Merde! W rzeczy samej, Stephen Clarke – A no merde właśnie…

Merde! W rzeczy samej

Merde! W rzeczy samej

Merde! W rzeczy samej

Autor: Stephen Clarke

Tytuł oryginału: Merde Actually

Rok Wydania: 2004

Wydawnictwo: WAB , Lipiec 2007

Liczba stron: 432

Tłumaczenie: Ewa Świerżewska

 

Jaki jest przepis na kąśliwą, humorystyczną książkę, która sprzeda się w milionach egzemplarzy? Jak się okazuje, dość prosty – wystarczy wrzucić razem do garnka:

 – jednego obcokrajowca płci męskiej,

– kraj, którego z racji historii i kultury, tenże obcokrajowiec nie będzie potrafił, mimo ustawicznych usiłowań zrozumieć,

– kilka kobiet, o osobliwych zwyczajach i swobodnym podejściu do seksu,

– stukniętego poetę, nieuczciwego architekta i niezrównoważonych prawie- teściów

– a wszystko to doprawić szczyptą ironii i niepoprawności politycznej a następnie polać sowicie tytułowym Merde

 I – voila! – mamy bestseller.

Dla wszystkich tych, którzy nie wiedzą, co oznacza słówko „Merde”, spieszę z wyjaśnieniem. Jest to, ni mniej ni więcej, nasze polskie (swojskie) „Gówno”, które nie wiedzieć czemu, w języku francuskim brzmi zdecydowanie bardziej elegancko. Jest to także jedno z najpospolitszych przekleństw używanych przez ten naród, mieszczące się w tych samych ramach symboliczno – estetycznych, co polska „cholera”. I wreszcie – jest to hasło przewodnie Poul’a West’a, bohatera książki Clarka, Anglika mieszkającego we Francji i zmagającego się ustawicznie z „Żabojadami”.

„Merde! W rzeczy samej” to druga z cyklu czterech książek napisanych przez Stephan’a Clark’a, brytyjskiego dziennikarza, który od 12 lat mieszka we Francji. Sam cykl, ochrzczony przez prasę jak „męska wersja Bridget Jones”, ma już obecnie status prawie kultowy, szczególnie we Francji i Anglii. Do tej sławy przyczyniły się niewątpliwie okoliczności wydania powieści – Clark napisał pierwszą cześć „Merde” w ramach hobby, po czym wydał samodzielnie 200 sztuk książki, z zamiarem rozdania jej przyjaciołom. Resztę postanowił sprzedać na specjalnie w tym celu stworzonej stronce www. I tu zadziałał typowy marketing szeptany – ludzie zaczęli o powieści mówić, co w konsekwencji sprawiło, że coraz więcej osób chciało ją przeczytać, a biedny Clark musiał „dodrukowywać” kolejne egzemplarze. Po osiągnięciu pułapu 2000 sztuk, pewna firma wydawnicza, złozyła mu intratną propozycję i reszty możemy się już domyślić.

Na początku lektury, byłam pewna, że oto znalazłam idealną książkę w swojej konwencji – pierwsza część (powieść podzielona jest na 8 krótkich części) zaczarowała mnie swoim humorem, atmosferą i bohaterami. Oto właśnie poznajemy Paul’a West’a, który wraz ze swoją francuską dziewczyną Florence przemierza południowe rejony Francji. Gorące lato, wypadek samochodowy, przymusowy pobyt u prawie – teściowej, wiejskie plenery, dziwne zwyczaje miejscowych, które kręcą się głównie wokół poszukiwania pretekstu do wypica kolejnej szklanki wina i  nacierające zewsząd cukinie – tak oto Clarke wprowadza nas w nastrój zapowiadającej się świetnie powieści. Paul musi się wszakże dogadywać z dość ekscentryczną rodziną swojej dziewczyny, harować przy domu, wykonując przedziwne prace ogrodnicze i zmagać się ze swoim rozszalałym libido. Po nieumyślnym zamachu na swoją teściową, którą mężczyzna częstuje herbatką z mydlin, para przenosi się na wyspę Ars, gdzie z kolei musi dzielić domek letniskowy z nieobliczalnym „papa” Florence, którego temeperament jest wybuchowy, chęć do picia ogromna, a libido jeszcze większe niż Paul’a.

I tu właśnie, na malowniczej wyspie Ars, coś zaczyna się psuć – nie u Paul’a – bo u niego „coś” psuje się cały czas – ale u Clarke’a. Możliwe, że to tylko moje osobiste odczucie, ale miałam wrażenie, że autor zaczyna tracić lekkość pióra, dowcipy stają się coraz bardziej schematyczne, a sytuacje przewidywalne. Z niecierpliwością więc, czekałam na moment, gdy Clarke przeniesie swojego bohatera do Paryża, gdzie Paul rozpocznie prace budowlane nad swoją herbaciarnią – w końcu remont i biznes to jedne z najlepszych sytuacji wyjściowych do budowania komizmu sytuacyjnego. I niestety – zawiodłam się jak mało kiedy. Dopiero w stolicy Francji, książka staje się naprawdę bezbarwna, a treść rozwodniona. Gwoździem do trumny jest wprowadzenie do akcji Aleksy, byłej dziewczyny West’a, której pojawienie się, prowokuje bardzo słaby i nudny wątek miłosny. Od około 150 strony, dryfowałam więc na bezkresnym oceanie znurzenia, z nadzieją wypatrując jakiejś egzotycznej wyspy, czyli ciekawego zwrotu akcji. I niestety, do niczego ciekawego nie dopłynęłam. Oczywiście, zdarzały się jeszcze w powieści momenty, gdzie Clarke wzniecał iskrę błyskotliwego humoru, niestety iskry te, nie rozpaliły akcji na tyle, bym mogła ocenić tą książkę pozytywnie. Czuję, że był tutaj spory potencjał, a autor ma talent do humorystycznej prozy, ale niestety – jak dla mnie, to za mało.

Spotkałam się już wcześniej z opiniami, że druga część cyklu jest słabsza od pierwszej. Oby tak było, bo podekscytowana pierwszymi 70 stronami, zamówiłam już „Merde! Rok w Paryżu!”.  Nie pozostaje mi więc nic innego, jak tylko przeczytać pierwsze dzieło Clarka i mieć nadzieję, że recenzenci się nie mylili. A dla „Merde! W rzeczy samej” daję 3,5 – głównie za pierwsze 100 stron i parkę naprawdę szalonych teściów.

5. Nazywam się Czerwień, Orhan Pamuk

Nazywam się Czerwień

Nazywam się Czerwień

Nazywam się czerwień

Autor: Orhan Pamuk

Tytuł oryginału: Benim Adim Kirmizi

Rok Wydania: 1998

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie , Maj 2007

Liczba stron: 594

Tłumaczenie: Danuta Chmielowska

Po lekturze „Wahadła Foucaulta”  Umberto Eco (książki w moim skromnym odczuciu wybitnej), zrobiłam sobie tydzień przerwy. Często tak robię, gdy czytam coś co wywiera na mnie duże wrażenie – potrzeba mi wtedy czasu, by poukładać sobie w głowie klepki odpowiedzialne za tzw. literackie doznania. Na „powrót do czytelniczej gry” wybrałam więc sobie powieść, która z racji nagrody, którą odebrał autor, zdawała się obiecywać podobny poziom. Dlatego też kolejną pozycją była książka „Nazywam się czerwień” noblisty literackiego z 2006 roku, Orhana Pamuka.

„Nazywam się Czerwień”  przyrównywano w mediach i recenzjach do innego wielkiego dzieła Eco – „Imienia Róży”. Mimo że tej powieści akurat nie czytałam, to znam jej renomę i samo to stanowiło dla mnie dobrą rekomendację. Jeśli miałam wierzyć zapewnieniom wydawcy, czekały mnie „tajemniczy manuskrypt, zabójstwo, miłość i filozoficzne zagadki”. Zabrałam się więc do czytania.

Powieść Pamuka nie jest z serii tych, co wciągają czytelnika tak, że nawet wybuch wojny i lokalne bombardowania nie są wstanie oderwać go od czytania. To raczej dzieło dla konesera, które można czytać długo, po kilka stron dziennie, racząc się jednym, dwoma rozdziałami, niczym wykwintnym deserem lub dobrym kieliszkiem wina po ciężkim dniu. To trochę jak z „Baśniami tysiąca i jednej nocy”, które można czytać tygodniami i przez cały ten czas odczuwać przyjemność obcowania z dziełem.

Na pozór ciężko jest wyłonić tu głównego bohatera, gdyż autor przedstawia nam ich cała gamę, a do tego każdemu daje głos i szansę przedstawienia swojego punktu widzenia na daną sytuację. Ja jednak intuicyjnie za postać wiodącą obrałam sobie Czarnego -kaligrafa i pisarza, „wygnanego” dwanaście lat wcześniej przez własnego Wuja ze Stambułu, po tym jak mężczyzna dowiedział się, iż chłopak zakochał się w jego pięknej córce. Powieść zaczyna się w momencie gdy Czarny powraca po latach tułaczki do domu. Niedługo potem Wuj kontaktuje się z nim i wtajemnicza w proces tworzenia sekretnej księgi – iluminowanego manuskryptu dla samego Sułtana. Tworzenie tego dzieła trzymane jest w wielkiej tajemnicy, gdyż jest ono unikalne i na swój sposób zuchwałe – ma połączyć osmańską i zachodnią tradycję malarstwa, co dla wielu iluminatorów Wschodu jest bluźnierstwem i największym grzechem. Jak się bowiem okazuje, różnice pomiędzy obydwiema kulturami nie mają podłoża tylko w religii czy kulturze, ale także i w sztuce. Niektórzy z artystów są zafascynowani malarstwem Zachodu i gotowi do fuzji pomiędzy stylami, inni – konserwatywni i uparci, uważają sztukę Wenecji za grzeszną i uprawianą wbrew woli Allaha, przez co absolutnie niedozwoloną.

Jak duży chaos wprowadza w życie poczciwych malarzy księga, możemy się przekonać już z pierwszych stron powieści – zapoznajemy się wtedy z pierwszą ofiarą manuskryptu – martwym iluminatorem leżącym na dnie opuszczonej studni. To pierwsze – i kluczowe – morderstwo w całej powieści, jest preludium do walki, jakiej staniemy się świadkami. Walki nie tylko pomiędzy pojedynczymi malarzami o chwałę, honor i uznanie, ale przede wszystkim walki o światopogląd, religię i odwiecznej walki pomiędzy wartościami Wschodu i Zachodu.

Pomimo, iż morderstwo zazwyczaj obiecuje nam kontynuację w postaci kryminału, dzieła Pamuka nie można sklasyfikować w tak prostych, jednoznacznych kategoriach. Zbrodnia jest tutaj raczej pretekstem do przedstawienia konfliktu myśli i idei pomiędzy dwoma światami, a także do barwnego odmalowania życia i zwyczajów XVI wiecznego Stambułu. Poza wątkiem kryminalnym mamy tutaj bowiem całą masę przypowieści i legend związanych z tradycją Islamu, a także samej sztuki wschodniego malarstwa. Dzieło posiada także bardzo dużo szczegółowych opisów, które dla części czytelników mogą okazać się nużące i przydługie, ale dla innych będą literacką rozkoszą. Jest wreszcie i miłość – wątek dość wyraźny i często powracający na karty książki, aczkolwiek trochę dziwny w odbiorze, przynajmniej dla mnie, Europejki  z XXI wieku.

Postacie Pamuka nie posiadają jakieś szczególnej głębi, a ja miałam niemały problem ze zrozumieniem ich motywacji i wyborów. Najbardziej obcą osobą była dla mnie główna bohaterka, Sekure, obiekt miłości Czarnego i każdego innego mężczyzny który kiedykolwiek ją ujrzał. Nie wiedzieć czemu – może dlatego, że podświadomie nastawiłam się, iż to z tą postacią będę się potrafiła zidentyfikować – trochę mnie to rozczarowało. Czy była to wina przepaści kulturowej, czasowej czy religijnej, a może faktu, że stworzył ją pisarz, a nie pisarka, do dziś nie wiem. Zdecydowanie lepiej rozumiałam Czarnego i to jego najbardziej polubiłam z całej gamy bohaterów.

Dodatkowym plusem „Nazywam się Czerwień” są wspomniane już przeze mnie opisy. Akcja powieści rozgrywa się w zimie i – słowo daję – gdy bohaterowie przemierzali ośnieżone ulice Stambułu, to mimo, iż siedziałam w ciepłym domu, trzęsłam się z zimna razem z nimi. Mamy tu też mnóstwo odwołań do sztuki malarstwa wschodniego i do procesów z nim związanych. Na mnie największe wrażenie wywarł opis przygotowywania czerwonej farby (str.207), który dał mi też całkiem wyraźne wyobrażenie o tym jak w dawnych czasach produkowano kolory.

Reasumując mocne 5 na 6. Książka nie zawładnęła mną całkowicie, ale jest to dzieło napisane z kunsztem godnym Noblisty. Polecam!

4. Ryba płynie za mordercą, Umberto Pesco (Ireneusz Iredyński) – Kryminał Noir z przymrużeniem oka

Ryba płynie za mordercą

Ryba płynie za mordercą

Ryba płynie za mordercą

Autor: Umberto Pesco (Ireneusz Iredyński)

Wydawnictwo: Świat Książki , Sierpień 2008

Data wydania: 1959

Liczba stron: 240

Sama nie wiem, jak do tego doszło, że ja – jakby nie patrzeć – miłośniczka literatury detektywistycznej, nigdy nie miałam w ręku żadnego „czarnego kryminału”. Zawsze wybierałam kryminały z całej palety barw i odcieni (babskie, klasyczne, z dreszczykiem lub z humorem), ale kolor noir zawsze mi gdzieś umykał. Pierwszy raz zdałam sobie z tego sprawę, gdy czytałam „Wahadło Foucaulta”, w którym to Umberto często wplatał postać Sam’a Spade’a, a ja miałam duże wątpliwości co do określenia, kim jest owy osobnik. Gdy okazało się, że nawet mój mąż (który kryminałów nie czyta w ogóle), wie, kim jest ta osobistość i z jakiej książki pochodzi, zadumałam się głęboko nad swoim stanem wiedzy dotyczącym literatury kryminalnej.

Jak więc możecie się spodziewać, niedługo potem zamówiłam kultowego „Sokoła Maltańskiego” Dashiell’a Hammett’a. Przeglądając listę innych książek internetowej księgarni, natrafiłam także na inny „czarny kryminał”, który prezentował się dość intrygująco. Napisany przez Polaka, Ireneusza Iredyńskiego, pochodził z końca lat ’50 – jego akcja rozgrywa się we Włoszech, a protagonistą historii jest najwyraźniej alter ego pisarza – Umberto Pesco. Wydawca zachęcił mnie „dowcipnymi dialogami, ironicznym humorem i zaskakującymi zwrotami akcji”. Dorzuciłam więc owo dzieło do wirtualnego koszyka i już wkrótce mogłam napawać się nowa zdobyczą, odzianą w niebieską, old school’ową okładkę.

Sama też nie wiem, czemu zdecydowałam się zacząć moja przygodę z „noir” od „Ryby” a nie od „Sokoła” (nota bene, ciekawe, że oba tytuły odwołują się do zwierząt. Ciekawe, czy Freud miałby opinię na ten temat?). Możliwe, że chciałam uniknąć porównań do mistrza gatunku, za którego wielu uznaje Hammett’a i przeczytać książkę bez uprzedzeń i bez wielkich oczekiwań. Chyba stało się dobrze, bo „Ryba” nie porwała mnie ani swoją fabułą, ani bohaterami, choć przyznać muszę, że źle nie było.

Mamy więc Umberto Pesco – mieszankę nonszalancji, twardej ręki i niezawodności. Bohater jest znanym włoskim detektywem, który posiada własna agencję wraz z dwoma filiami i najwyraźniej zna się na swoim fachu lepiej niż sam Spade. Pewnego dnia, do jego biura przychodzi bogaty i znany producent filmowy, Carlo Barenzo, który podejrzewając czyhające na niego niebezpieczeństwo, wynajmuje Pesco jako ochroniarza. Zanim jednak detektyw rozpoczyna swoją robotę, klient zostaje zamordowany w dosyć podłym moteliku, godzinę po spotkaniu z Pesco. Umberto, który otrzymał wynagrodzenie z góry, uznaje za punkt honoru, odnalezienie mordercy swojego niedoszłego klienta.

To tyle. I aż tyle. Tak naprawdę bowiem, wydaje mi się że książka nie została napisana dla zachwycenia widza ciekawą intrygą czy popisami detektywistycznymi, ale w hołdzie pewnej konwencji. Wątek morderstwa jest prosty jak but, a śledztwo jest średnio skomplikowane. Dodatkowo Iredyński nie gra z czytelnikiem „fair” (co w sumie jest (nie)stety coraz powszechniejsze w tego typu literaturze) –  czyli brak tutaj subtelnych wskazówek, które wytrawny znawca sztuki kryminału mógłby wyłapać i w rezultacie odkryć sprawcę. Taka finezja swoistej gry z odbiorcą, typowa dla np. Agaty Christie, tutaj jest zupełnie zignorowana. Wprawdzie zabójcą jest osobą z kręgu bliższych i dalszych podejrzanych, ale jej tożsamości możemy się domyślić, jedynie w przypadku znajomość konwencji „noir”. Jak już jednak wspomniałam wcześniej, zadaniem „Ryby” nie jest zapewnienie czytelnikowi gimnastyki intelektualnej, ale wprowadzenie w pewien, już trochę trącący myszką, świat prywatnych detektywów i ich specyficznego stylu bycia.

I tu się Iredyńskiemu udało. Mimo, że przez pierwsze 80 stron, nie czułam nawet że znajduję się we Włoszech, to potem zostało mi to wynagrodzone. Mamy więc atmosferę podejrzanych dzielnic, krąg podłych cwaniaczków, mafijne porachunki i femme fatale. Pesco przez cały czas raczy się trunkami wysokoprocentowymi (aż cud, że był w ogóle w stanie utrzymać się na nogach, nie wspominając już nawet o prowadzeniu śledztwa) i odpala jednego papierosa od drugiego, pomykając od czasu do czasu w swojej wysłużonej lancii i strzelając do złych bandytów. Ciekawie został przedstawiony jego układ z policją (nota bene, stereotypowo nieskuteczną), a szczególnie z policjantem i malarzem-amatorem w jednym, Franco Garden’em, który jest przyjacielem detektywa i pomaga mu w śledztwie (mimo, że zapewne myśli, iż jest na odwrót). Pesco przez cała powieść jest ciągle w ruchu – nie ma tu chwil na głębsze refleksje czy przemyślenia co do śledztwa, wszystko „wyłazi w praniu”. Dzięki temu, książka jest bardzo dynamiczna i czyta się ją bardzo szybko, aczkolwiek brak tutaj typowych dla książek detektywistycznych analiz i podsumowań.

„Ryba płynie za mordercą” nie jest na pewno typowym kryminałem noir, biorąc pod uwagę fakt, że najczarniejszą rzeczą podczas jej czytania, była kawa w mojej filiżance. Jest to jednak z pewnością ciekawa kalka pewnych schematów, doprawiona ironią i napisana z przymrużeniem oka. Nonszalancja i nieugięta postawa naszego głównego bohatera, szczególnie względem przesłuchiwanych osób, wydaje się być lekko przerysowana, ale sprawia czytelnikowi niezłą frajdę. Takich detektywów, którzy – gdy nie podoba im się twoja odpowiedź – „biorą cię za mordę” lub „walą po pysku” już wszakże nie ma. Tak powszechna w dzisiejszych czasach poprawność polityczna, straszenie policji sądem i „prawa oskarżonego” tutaj nie mają racji bytu. Dlatego też, ta podróż w trochę przerysowany i odrobinę karykaturalny świat starych dobrych detektywów z lat ’60 ma w sobie coś z podroży w utopijne czasy czarno-białego świata, gdzie jest tylko „on przeciwko światu”. No może nie tylko. Jest bowiem jeszcze Ona 😉

Reasumując, 3.5 na 6. Bez rewelacji i bez fajerwerków, ale dialogi i Pesco ratują całokształt.

3. Księga bez tytułu, Anonim – Barman, lej pan Bourbon!

Księga bez tytułu

Księga bez tytuł

Księga bez tytułu

Autor : Anonim

Tytuł oryginału: The Book with No Name

Data Wydania: 2007

Wydawnictwo: Świat Książki , Styczeń 2009

Liczba stron: 445

Tłumaczenie: Nemo

Dla osób czytających po angielsku, książka jest dostepna na Google Books w formacie PDF

Takiej kampanii promującej książkę, dawno nie widziałam. Jeszcze przed oficjalną datą polskiego wydania, dostałam maila, w którym przekonywano mnie do nabycia owego niezwykłego dzieła – niewykłego, bo bez tytułu i bez autora. Co więcej, pomysł kampanii oparto na starej, wypróbowanej metodzie intrygowania i równocześnie mało wyszukanego droczenia się z potencjalnym czytelnikiem, zachęcając do kupna hasłem: „Pod żadnym pozorem nie czytaj Księgi Bez Tytułu”. Według notki samego autora, każdy kto przeczyta tą ksiązkę, umrze. Z racji powyższego, dla wielu, powieść ta, może się wydać idealnym prezentem dla teściowej, ex kochanka(-i) czy komornika, ale niestety musze ostudzić zapędy co po niektórych –  przeczytałam właśnie owo dzieło i nadal funkcjonuję. Wprawdzie złapało mnie przeziebienie, ale to powszechne o tej porze roku, więc się nie liczy. No, chyba że, to nie jest zwykła infekcja, tylko początek jakiejś egzotycznej, śmiertelnej choroby – wtedy zwrócę autorowi honor.

Wydawca zapewnił, iż „W tej oryginalnej, już legendarnej książce, Tarantino spotyka się z Stephenem Kingiem…”. Co do legendarności i Kinga mogłabym zdecydowanie polemizować, ale książka jest rzeczywiście dość oryginalna, a humor i styl Tarantino wylewa się wręcz z każdej kolejnej strony. Czego tu nie mamy! Morze krwi i kolokwialnie zwanych „flaków”, zwroty akcji, specyficzne poczucie humoru, dziwaczne postaci i bardzo niewybredny język. Anonimowy autor nieźle się napocił by przeniść nas w brudny, lepki i często nonsensowny świat, dając nam maksimum zabawy za minimum wysiłku. Minimum, gdyż książkę czyta się tak łatwo i szybko, że świst przewracanych stronic, dorównuje jedynie w szybkości świstowi latących ustawicznie nad głowami głównych bohaterów kul.

Zaczyna się „od trzęsienia ziemi”. Do najochydniejszej speluny, jaką możemy sobie wyobrazić (aż cud, że ktoś tam w ogóle bywa), gdzie barman Sanczez ma niepokojący zwyczaj, częstowania klientów najprawdziwszymi szczynami, przybywa największy zabijaka na całym świecie, zwany Bourbon Kid. Po emocjonującej konwersacji z śmierdzącymi oprychami, wybija cała klientelę baru (tutaj kłania się nam „Desperado”, nomen omen napisany i wyreżyserowany przez Roberta Rodriguez’a, dobrego kumpla Tarantino), a następnie dokonuje rzezi w miasteczku. Mija pięć lat. Do tej samej mieściny, o dźwięcznej nazwie Santa Mondega (które ma raczej więcej wspólnego ze słowem „Satan” niż „Santa”), przybywa wysoko postawiony, policjant z wydziału do spraw nadprzyrodzonych (i gdyby nie fakt, że jest czarnoskóry, moglibyśmy pomyśleć, że to Fox Mulder). Zaczyna prowadzić śledztwo w sprawie tajemniczej serii morderstw, współpracując z kontrowersyjnym, opętanym myślą o schwytaniu Bourbon Kid’a porucznikiem Somers. Równocześnie do Santa Mondega przyjeżdżają dwaj młodzi mnisi (sprawiający wrażenie, jakby dopiero co ktoś ich odłączył od Matriksa), którzy poszukują skradzionego z ich klasztoru, magicznego kamienia „Oko Księżyca”. Ich naiwność i prosta, ostro kontrastuje z przymiotami reszty „plejady gwiazd” jaką prezentuje nam autor –  mamy tu cały kalejdoskop dziwaków, w tym płatnego zabójcę w przebraniu Elvis’a, wybudzoną z pięcioletniej śpiączki kobietę z amnezją, pogrmocę wampirów z metalową dłonią a’la Terminator, kompletnie pozbawioną nadprzyrodzonych talentów, ale za to bardzo spostrzegawczą Wróżkę i demonicznego szefa mafii El Santio (a to tylko część galerii osobliwości, jakiej możemy uświadczyć w „Księdze”). Drogi każdego z nich krzyżują się w ten lub inny sposób z „Okiem Księżyca” (co często kończy się zgoenm i to w bardzo krwawych okolicznościach), a wszystko to odbywa się na tle zbliżającego się właśnie Zaćmienia Słońca, które nie wiedzieć czemu, w Santa Mondega przytrafia się równo co pięć lat.

Jeżeli czytając „Księgę”, co jakiś czas będziecie mieli ochote wykrzyknąć „Ależ ja skądś to znam!”, to wasza reakcja będzie zupełnie normalna. Bez wątpienia, książka ta to zlepek klisz i kalek z masy różnych filmów i publikacji, ale jako, że jest w zamyśle pastiszem, staje się to jej zaletą a nie wadą. Mamy też tutaj, mnóstwo mniej lub bardziej subtelnych odwołań do popkultury – czasem jednak autor irytuje czytelnika, wyjaśniając mu „jak głupiemu” sens pewnych sformułowań i pozbawiając go zabawy odkrywania ich ukrytego sensu. „Księga” jest również przerysowana w treści, ale to także zabieg planowany – gdyby ktoś na serio starał się upchać w jednej powieści wilkołaki, wampiry, wróżki, seryjnych morderców, teorie konspiracji, rewolwerowców, policję, zaćmienie słońca, tajemną księgę i magiczny kamień, a na koniec polałby to masą krwi i wnętrzności, to zapewne wywołałby tylko uśmiech politowania na twarzy czytelnika. Absurdalne połączenia, takie jak np. umieszczenie w miasteczku z „najwyższym wskaźnikiem morderstw w cywilizowanym świecie”, najgorszej speluny pod Słońcem, podłego motelu, a równocześnie trzypiętrowej, nowoczesnej biblioteki i gigantycznego muzeum z okazami z całego świata, normalnie nie zdałoby egzaminu. Tutaj jednak, wszystko gra. Tak ma po prostu być.

Myślę, że już wkrótce „Księga” będzie sfilmowana. To pozycja, która jest wręcz wymarzona do adaptacji filmowej. Zresztą, jest nawet napisana ze specyficzną manierą, tak, że czytając ją, mamy przed oczami klatki z filmu. Opisów jest niewiele, słownictwo raczej przeciętne, styl płynny acz niewyszukany. Dynamika oparta jest na dialogach i ciągłych zwrotach akcji. Zupełnie bym sie nie zdziwiła, gdyby książka miała być tylko i wyłącznie sposbem na wypromowanie scenariusza, który ktoś, gdzieś właśnie realizuje w studiu filmowym. Wszakże nie znamy jej autora – jest to rozwiązanie bardzo wygodne, gdyż nie możemy nawet zweryfikować żadnej informacji u źródła. A za „Anonimem” może kryć się każdy – od Tarantino, do zbzikowanego nastoletniego fana horrorów i spagetti westernów, który „Księgę” napisał w nudne, lepkie wakacje.

Pozycja obowiązkowa dla fanów Tarantino i Rodrigez’a. Także dla tych, którzy uwielbiają pastisze, żonglerkę konwencjami i zabawę z gatunkiem. Osoby szukające w literaturze ciepła, wzruszeń lub ksiązki, która daje impuls do głębszych przemysleń, powinny sobie odpuścić. Ja daję „Księdze” 5 – głównie dlatego, że wciągneła mnie jak mało która pozycja i dostarczyła mi prostej rozrywki na najwyższym poziomie.